Tu zaczyna się Afryka. Afryka o jakiej nawet nie myślałam. Nie ma słoni, nie ma zebr, tylko zabłąkane lwy, nie ma żyraf, bo miny wysadziły je w powietrze, a te co pozostały zjedli głodni ludzie. Jest wiele pięknych afrykańskich krajobrazów, drzew i krzewów, ten sam co wszędzie afrykański, magiczny zachód słońca i niebo jasne od gwiazd, góry, doliny, rzeki... ale nie można tego podziwiać, bo rozminowana jest tylko jedna strona drogi. Nie ma gdzie zjeść i gdzie spać, gdy jest się turysta. Ale Angola to wielki kraj, wiec może są jakieś inne miejsca, nie tylko te, które widziałam. Ale być Tam gdzie byłam, to zobaczyć i stać się innym człowiekiem, choć  na chwile i wrócić tu, do własnego świata, by lepiej zrozumieć swoje życie, każde życie.

Angola to nadzieje...

Tym, którzy swą pracą przywracają nadzieje 
na  godziwe życie zwyczajnych ludzi.

 

Niedaleko mojego domu, a blisko piaszczystej drogi była taka huśtawka, zawsze na niej pełno
szkrabów i zawsze przyjaźnie machających w stronę mojego jeepa.

A to łazienka, a właściwie prysznic przy jednym z domów.

Podwórko z kwiatami, chyba jedyne na osiedlu, ale za to najpiękniejsze.

Dziecięce zabawy jak wszędzie. Dziewczynka ze skakanka i z kolega na swoim podwórku.

Trochę zamieszania u moich sąsiadów. Dziś rozdawałam maskotki od dzieci z Polski.

Znowu słodka Angelin, tylko  dziś ma inną sukienkę i inną koleżankę.

Wieczorny spacer. Dzieci już mnie znają i lubią cukierki.

 W buszu spotkaliśmy dzieci idące do szkoły z wiadrami i kanistrami. Blisko szkoły jest woda, wiec po lekcjach dzieci  napełnią je wodą i zaniosą  do domu, jakieś kilka, kilkanaście kilometrów.

Szkoła w buszu. Lekcja w starszej klasie. Zeszyty, ołówki i dobre chęci, to już wiele, ale czy  wystarczy, żeby wydostać się do innego świata?

W najmłodszej klasie lekcje są pod drzewem. W tle wiadra na wodę, a w oddali budynek szkoły.

Przed budynkiem szkoły, z Cherly i Panem dyrektorem. A Pan dyrektor nie ma gabinetu, bo i po co mu właściwie jakiś gabinet?

W buszu spotkaliśmy te kobietę. Wiedzie życie najprostsze  z możliwych. Za nią jej dom, obok zapasy jedzenia i pojemnik na wodę. Kobieta miała stopy i ręce zniszczone przez trąd, ale powitaliśmy ja serdecznym uściskiem dłoni. Takie zwyczajne spokojne afrykańskie życie i wiele serdeczności dla białych.

Zagroda w buszu. Gościnna rodzina pozwoliła nam wszystko zobaczyć, cale obejście. Młoda gospodyni, mama i jej synek, obok  wielki pojemnik na zboże.

Przed typowa zagroda w  buszu. Upal, muchy i trochę rożnego robactwa, ale pachnie Afryka i spokojem.

Przy wielkiej kałuży. 
Wody w Angoli jest niewiele. To naturalny zbiornik powstały w porze deszczowej. Tej wody musi wystarczyć dla wszystkich ubogich mieszkańców miasteczka. Tu codziennie ciągną tłumy z miskami wiadrami, praniem, tu na pojenie przychodzą cale stada bydła, osłów, kóz. Tu wszyscy piorą, myją się, kąpią dzieci. Niektórzy myją swoje samochody. Niestety woda jest tylko zielona cieczą pełną śmieci i odchodów zwierząt, jedyna dostępna cieczą, bo inny taki sam zbiornik  wysechł. Dopiero deszcz odświeży wszystko.
 
<<powrót do Dziennik 2004<<

<<strona główna<<   >>do galerii Angola>>