25 marca 2007 r.

______________

 Ulica 8

 

Ulica 8 .....w prawo...... fot. D. Łajło 25 marca 2007r. Luanda. Angola. Afryka

...::: Wczoraj, mimo ze jeszcze zmeczona podroza wieczorem wybralam sie na charytatywne party. Pieniadze ze wstepu przeznaczone byly dla dzieci z sierocinca, ktory mam odwiedzic za kilka dni. Bal zorganizowali Irlandczycy. Przy okazji celebrowali Dzien sw. Patryka. Nie zabraklo niczego, byly tez tance irlandzkie i zabawa do bialego rana. Gadzety zielone, koniczynki, kapelusze, swiecidelka mialy zdobic nas wszystkich. W trakcie imprezy powiedzialam Gordonowi, ze w Polsce jest teraz czas, w ktorym nie bawi sie, nie tanczy. Zdziwiony zapytal "Dlaczego? A co sie stalo?".

Pomyslam wtedy, ze swiat naprawde jest tak roznorody, ze coraz mniej chce zmiescic sie w jakiekolwiek ramy.

Bilet na bal byl drogi okropnie, ale cel balu szczytny. Przypomnialo mi sie zaraz lotnisko w Berlinie i pani z BA, ktora tym razem nie przyjela mi dodatkowej torby z zabawkami. Zabawki przeznaczone byly dla dzieci z sierocinca,na ktory zbieralismy pieniadze na balu. Szkoda, ze nie przyjela.

Kiedy kategorycznie odmowila zaczelam wyjmowac z torby misiek za miskiem i przywiazywac szalikiem wszystkie do mojego podrecznego bagazu. Wojtek zaczal upychac mniejsze maskotki w laptopa, miedzy obiektywy aparatu i gdzie popadnie. Suma summarum wygladalam niezle, cala obczepiona kolorowymi maskotkami. Najciekawiej bylo kiedy w Londynie przy bramce kontrolnej przyszlo mi wypakowac wszystko. Wysypaly sie ze mnie miski, misiaki.... Smiesznie bylo.

O 20 przed samym wyjsciem na bal zerwala sie potworna burza. Wiatr pootwieral okna i zmiotl wszystko z balkonow. W tym moj jedyny kostium kąpielowy. Ogolnie po raz kolejny zarwalo sie niebo nad Luanda. Znow rozwialo i rozmylo najlichsze domy i zatopilo gliniane ulice.

Dzis kiedy jechalismy do Ambasady Polskiej uliczki tonely. Dzieciaki mialy nawet napompowane detki od samochodow i chodzily z nimi przelozonymi pod pachami. Tak do plywania, jakby co.

Tu w Luandzie nic sie nie zmienilo. Tylko maly Setinio podrosl, wiec jego mama przestala zabierac go ze soba. Zostawia go teraz czesto ze starszym rodzenstwem. Obiecala jednak, ze w poniedzielek malec bedzie z nia. Moze go znow zobacze.

W Luandzie czekalo na mnie kilka informacji z raportow jakie firma meza wyslala do pracownikow.

Np. takie, ze w jakims masle jest salmonella, ze nalezy zachowac szczegolna ostroznosc w kontakcie z angolskimi kierowcami, bo Ci czesto nerwowi i agresywni, wiec nalezy im ustepowac, zeby nie zebrac po lbie. Poza tym jesli np. zostaniemy napadnieci mamy wszystko oddac i nie dyskutowac, bo ostatnio jakis bialy dyskutowal, to mu strzelili w brzuch. Ponadto podrozujac poza Luanda nalezy byc szczegolnie ostroznym, gdyz na skutek ulewnych deszczy ukryte pod ziemia miny zaczely dryfowac i przemieszczac sie.

Bylo jeszcze kilka informacji, ktore generalnie mialy mnie wystraszyc i zniechecic.

Nie zniechecily. W mojej glowie wciaz plany wielkiego wyjazdu na polnoc lub na wschod Angoli. W koncu Misjonarze i Misjonarki nie baczac na nic podrozuja, bo musza. Ostatnio siostra Danuta o polnocy czekala w buszu w towarzystwie afrykanczyka, ktorego zabrala na stopa, az O. Heniu przywiezie jej kolo, bo przebila oba. Hardcore, to sie nazywa hardcore prawdziwy.

Dowiedzialam sie tez  ze jedna z kobiet zainspirowana moim pokazem zdjec w Mangarinias wybrala sie na targ by porobic fotki. Niestety ludzie na targu zareagowali agresja. Miala spore klopoty. Miala nawet zgode policji i byla z policjantami, ale co z tego... Ludzie sa ludzmi, trzeba o tym pamietac.

Powiedzialam wtedy na pokazie, ze Angole trudno fotografowac, bardzo trudno....No to ona wziela policje...

 
Luanda 25 marca 2007 r. (Szkoda tej torby miskow, ktora zostala w Polsce)

Co sie mysli, czuje, kiedy fotografuje sie ulice... a na ulicy takie obrazy....?

Dobrze wiem....

i wciaz ucze sie jak, gdzie i ile... szczegolnie ile mozna, ....zeby nie przekroczyc granic...

Nigdy nie przekroczyc granic........

<<<wstecz   dalej>>>