14 stycznia 2007 r.
___________________
 
 
Niedziela...
Tak sobie o tym mysle, tak to wyglada...
 
 
 
 
.:::Juz  tydzien jak wrocilam z Namibii...
 
Z trudem wychodze z miejsc, zdarzen, sytuacji i ludzi ( tych, ktore slad zostawiaja w sercu).......Czasem trzeba mi godzin, tygodni, dnia... czasem lat.... ale nauczylam sie z tym zyc...:-)
Jeden z moich "odeszlych" przyjaciol powiedzial  mi kiedys " Pokochaj siebie, taka jak jestes". 
 
Wlasnie przez to zdanie zapamietam Go na zawsze (Luigi mial na imie i byl niezwykle inteligentnym Wlochem, tlumaczyl encykliki Jana Pawla II z polskiego na wloski)).......
 
" Pokochac siebie, takim jakim sie jest..."
 
To najbardziej optymistyczne zdanie na wlasny temat dla kazdego ....
 
Namibia wciaz w myslach, pamieci.
    
               
                Filip i Lucjan zachwyceni koniem w paski:-)
 
A tu w Angoli, w Luandzie...
Wierzcie mi... wszystko jest irracjonalne tak bardzo...ze nie miesci sie w zadne ramy............
Nie ma takich fotografii...
Nie ma takich opisow, nie ma niczego takiego na swiecie co oddaloby te irracjonalnosc zycia, jakie  jest tu, w tym miejscu.
 
             
              Domy na polwyspie Ilha, w turystycznej czesci Luandy. Mieszkancy
             na plazy susza pranie...
 

Chyba cala irracjonalnosc zycia tu polega na "nienaturalnosci" glownie... Na tym, ze wszystko tu wbrew naturze sie stalo (glownie dlatego, ze "cywilizacja" weszla tu zbyt gwaltownie... omijajac kilka szczebli ewolucji spolecznej, ekonomicznej, kuturalnej.... Wojna domowa  dolozyla swego...
 
Tu ludzie zyja bez wody i pradu, ale często maja najnowsze modele telefonow komorkowych, albo calkiem niezle auta.
Pija coca cole i fante i wyrzucaja puszki sobie pod nogi, albo pod jakiekolwiek nogi.
Na ulicach, przy domach, na plazy, w buszu, wszedzie pietrza sie sterty puszek i innych odpadow cywilizacji.
Potykac sie o to wszystko, kaleczyc nogi i isc dalej....To jakby nikomu nie przeszkadza.
 
Trudno sie do tego przyzwyczaic, trudno z tym zyc, kiedy przyjechalo sie, pochodzi sie z uporzadkowanego swiata.
Kiedy wrocialam z Polski wydawalo mi sie, ze jest czysciej... i rzeczywiscie tak bylo....Luanda szykowala sie do godziwego swietowania, wiec bylo "wielkie" sprzatanie. Teraz "nadrobiono" zaleglosci, wszystko wrocilo do normy, albo nawet te normy przekroczylo.
 
                   
                     Przy drodze glownej na poludniu Luandy
 
Tu swiat mial byc jeszcze taki prosty...taki spokojny i naturalny...Tu swiat, jak w Europie mial- powinien pomalu (w znaczeniu w odpowiednim tempie) dochodzic do wszystkiego.
Tu swiat nie radzi sobie jeszcze z dobrodziejstwami cywilizacj... Nie radzi, bo cywilizacja wymaga uporzadkowania, wymaga dyscypliny, wymaga planowania i realizacji planow...(chyba:-)
Tu wciaz wszystko odbywa sie zywiolowo, brawurowo, taka "jazda bez trzymanki", takie "ratuj sie kto moze"...
 
Tak sobie o tym mysle, tak to wyglada...
 
<<<wstecz    dalej>>>