17 stycznia 2007 r.

________________________

Bo tu,jak cos...to bardzo mocno,bardziej...

bo tu wszystko jest bardziej...

   

Juz dawno wymyslilam sobie wyjazd do N'zeto. Ojciec Emil zapraszal juz na Swieta.

Teraz w czasie sobotniej wizyty p. Ambasadora z zona u nas (pozegnalny obiad, Filip wyjezdzal do Polski kontynuowac studia:-) zaproponowalam, zebysmy pojechali razem, bo we dwa samochody bezpieczniej. Z kilku powodow, bo: jak sie jeden zepsuje to bedzie drugi (wprawdzie my mamy nowy, ale roznie moze byc), bo traci sie w pewnym momencie zasieg komorkowy, bo razem razniej, bo w razie "jak by co "jest nas wiecej itd.

Pomysl sie spodobal, trzeba bylo tylko "zaciagnac jezyka" u Ojca Andrzeja co do drogi (wiemy ze samochodami podrozuje sie w Angoli raczej rzadko, a jak juz to na pewno nie 280 km na polnoc, a jesli ktos podrozuje to tylko jak musi i nauczyl sie jezdzic jeszcze w czasie wojny). Poza tym w porze deszczowej pomysl moze okazac sie chybiony.

Wczoraj zajechalismy do Ambasady wymienic ksiazki w biblotece Ambasady i jak raz spotkalismy Ojca Andrzeja. Popytalismy... i: droga beznadzieja, trzeba umiec jezdzic, podroz  zajmie nam ok. 8 godzin, a w porze deszczowej to dopiero jazda...

No ale ja i Pan Piotr, ze "to przygoda". Ojciec Andrzej powiedzial , ze owszem. Tylko z dziurawej drogi zjezdzac na pobocze nie mozna, bo okazuje sie, ze wciaz trzeba tu byc bardzo ostroznym. Podobno w zeszlym tygodniu wlasnie jadac na polnoc w okolicy Barr do Dande..... turysci zjechali z drogi (nie mialam pojecia ze tu sa turysci jacykowiek, moze zabladzili w Afryce?) zeby ominac kamien i ich "wybuchlo" czyli wylecieli w powietrze, bo najechali na mine przecwpiechotna.

Rece mi opadly, bo slyszalam, ze "wiekszosc" drog jest rozminowana. Wiekszosc, to chyba odpowiednie okreslenie sie okazalo, bo nie znaczy wszystkie.

Nie wiem co teraz. Moze poczekamy jak przestanie padac, przemyslimy itd. Poza tym trzeba byloby zlapac kontakt z O. Emilem i wczoraj pol dnia kombinowalismy jak to uczynic, bo jego komorka lapie zasieg tylko jak sie wejdzie na jakos gorke w okolicy. Nie sadze, zeby O. Emil stal na owej gorce i czekal na telefon:-)

No tak tu jest...( takich opowiesci nienajfajniejszych to mnozycby mozna, ale po co "zaogniac":-)

Kilka obrazkow:

          
    Handel czym sie da, jest glownym zrodlem utrzymania luandyjczykow.
   "Sklep z dzinasami"(z krotkimi,bo goraco).
 
 
                                                              
 
                           Wiekszosc sklepow jest przenosna(na glowie)
 
 
 
albo przewozna(na taczce)
 

Jeszcze tylko jedna opowiesc nieoptymistyczna.

Po swietach nie wrocili nasi sasiedzi. Okazalo sie, ze kiedy pojechali do ojczyzny ich 9 letnia coreczka Jenin dostala malarie. Oczywiscie mlarie przywiozla z Angoli, z Luandy, z Mandarinias, z domu obok, bo dziewczynka nigdzie nie bywa, tylko tu( uczy sie w domu przez Internet).

Miala tak ciezka postac tej choroby, ze przeszla 4 transfuzje krwi. Ledwo uszla z zyciem. To drobniutka dziewczynka, czesto bywa u mnie wraz z Abi, Sophie, Megan i Mathiu.

Smutno mi strasznie bylo. Podlamalo mnie to wrecz. Teraz juz wiem, ze z nia jest juz dobrze i wkrotce cala rodzina wraca tu z powrotem.

Z malaria i nami bialymi powracajacymi do krajow ojczystych jest tak, ze trzeba przed wyjazdem koniecznie zrobic test na malarie ( robilam:-). Dlatego, ze po pierwsze malaria w "innym" klimacie moze ujawnic sie ze zdwojana szybkoscia i sila, po drugie, kiedy sie juz ujawni "podroznik" jest raczej bez szans na pomoc w macierzystym kraju. Chyba ze w przypadku Polski mieszka w Trojmiescie lub Warszawie (tam sa specjalistyczne szpitale). Zwykli lekarze nie potrafia pomoc ani nie maja odpowiednich lekarstw. Tak to wyglada nieciekawie w sumie.

Zyjac tu mozna powiedziec i trzeba miec swiadomosc, ze malaria wpisana jest w ryzyko, ze trzeba sie liczyc z tym, ze mozna ja miec lub miec szczescie i silny organizm i nie miec jej.

A sezon na malarie trwa. Linda, miejscowa dziewczyna Nilsa ma znowu
( miala jakies 2 miesiace temu).

Nawet Celesta robila sobie test po tym jak siedzac w szpitalu przy lozku chorej siostry pozarly ja komary.

Tak, wiec zyje sie tu, jak to w Angoli.

U nas tylko raz, podczas mojego pobytu w Polsce Kacper przeszedl paskudne, afrykanskie zatrucie. Nie opisze szczegolow choroby, tylko powiem ze to takie jak polskie zatrucie tylko pomnozone razy 100.

Bo tu jak cos... to bardzo mocno, bardziej... bo tu wszystko jest bardziej....

...:::Od kilku dni w naszej kuchni zamieszkal swierszcz,  nie mamy jak  zwrocic mu wolnosci, bo sie gdzies schowal. Musi byc ogromny, choc go nie widzialam, bo koncertuje tak glosno, ze wieczorem  niczego innego nie slychac.....

Jeszcze z Namibii:

Juz wspominalam, ze sa zdjecia, ktore sie widzi zanim sie je zrobi. To wlasnie takie zdjecie. Zobaczylam je, kiedy schodzilam z wydm pustyni Namib. Droga przecinajaca pustynie, oddzielajaca ja od Atlantyku....Slonce tak wtedy swirowalo... a raczej niebo swirowalo...., jak to w Afryce...

Afryka moze byc piekna... ale moze byc tez niebezpieczna ...

 

<<< wstecz  dalej>>>