17 stycznia 2007 r.
______________________
Nad Luanda urwalo sie Niebo...
Poplynelismy wszyscy....
 
        
           Tego jeszcze nie bylo.
..

  Kacper powiedzial "Jeszcze nie widzialem czegos takiego". Ja  widzialam, kiedys to przezylam nawet, w buszu, w Zimababwe, nad Zambezi, cudem wtedy wyjechalismy na normalna droge. Tylko ze wtedy to trwalo moze godzine. Dzis tu, prawie caly dzien

Na Luande spadl deszcz, ale to nie deszcz- tylko DESZCZ. Jako, ze tu wszystko jest bardziej to i to zjawisko natury tez.  

,

 

 

 

Luanda plywa. My tez. Nawet nasz solidny dom w Mandarinias. Nie nadazamy ze szmatami. Spytalam Teta jak jej dom. Machnela reka, zasmiala sie a potem powiedziala "Pewnie polynal, mam tam ocean". Mozna sie domyslic, jak wygladaja luandyjskie lepianki i domki z patykow i szmatek.

Moi sasiedzi z drugiej strony ulicy najpierw miskami i wiadrami wybierali wode z podworek i wylewali na ulice, a potem dali spokoj, nie nadazali. A dzieciaki zaczely bawic sie deszczem.

Dzis wszyscy z pracy wroca kika godzin pozniej. Pozniej, bo wiekszosc uliczek bedzie nie  przejezdna, a drogi glowne zakorkowane. Zawsze jest tak nawet przy najmniejszym deszczu.

                                                                

Deszcz ma wiele pozytywnych stron. Miedzy innymi, to ze nie trzeba chodzic po wode. Przy kazdym luandyjskim domku stoja misy, miski, miseczki i same napelniaja sie woda.

<<< dalej wstecz >>>