21 stycznia 2007 r.

_____________________

A w niedziele

   

...:::Przed szosta rano wyjechalismy na ulice Luandy. Za oknem juz 27 stopni Celsjusza. Zaczelo switac. Nieliczni mieszkancy kartonowych, lepiankowych i szmacianych domow zaczeli wychodzic na ulice. Niedziela dla wielu z nich to zwyczajny dzien pracy. Kobiety od rana staly przy piekarni z ogromnymi miskami, by napelnic je bulkami, roznosic  do odleglych zakatkow miasta  i sprzedawac za kilka groszy drozej niz kupily. Inni wychodzili na ulice z miskami, wiadrami i kanistrami by zaopatrzyc sie w wode.

Dojechalismy do dwoch silosow, jak wtedy przed dwoma miesiacami. Potem mialo byc w prawo. Ojciec Henryk  mowil wczesniej "Nie jedzcie sami, zadzwoncie, ja was przeprowadze." Rzeczywiscie ulica nie byla ta sama fatalna droga, ktora wtedy jechalismy. Teraz to bylo jezioro- szambo, bloto, papka czarne i lepka, chwilami maz i to tak cuchnaca, ze o otwarciu okna nie bylo mowy.

A ludzie szli tamtedy, przejezdzali, krzatali sie wokol swoich "domow".

Zawsze najbardziej wzrusza mnie, a raczej wprawia w zdumienie widok kobiet obmiatajacych wejscie do swojego domku, lepianki bez drzwi, z plachetka przeciw owadom w otworze drzwi, brudna mocno zazwyczaj. Wprawia w zdumienie, poniewaz calosc okolicy, miejsce, w ktorym ow domek jest polozony, to jeden wielki smietnik. Niesamowicie wiec wyglada troska o kawalek wlasnej podlogi, raczej klepiska usytuowanego posrod niekonczacej sie ilosci smieci i odpadow, ktore znajduje sie w promieniu kilometrow, a ktore to wlasnie mieszkancy owych domkow wyrzucili i wylali.

Ostatnia ulewa zostawila nie tylko bloto, cuchnace kałuże, przyniosla tez ofiary. W slamsach na Sambie zgineli ludzie porazeni pradem przewodzonym przez wode.

Zamiast smutnych ulic

Wjechalismy jednak sami, sprobujemy,  tu w Luandzie pokonywalismy juz nie jedno zaszambiona droge i niejedna pelna dziur droge - niedroge.

I wjechalismy w samo serce najbiedniejszych osiedli, w samo serce najgorszej ludzkiej jakosci zycia jaka widzialam, jakiej niejeden czlowiek nie jest sobie w stanie wyobrazic. Na pewno nie jest. Recze za to.

To nie ma nic wspolnego z naturalnoscia, jak ta u Buszmenow, czy jak u skromnych mieszkancow polnocy Namibii, czy nawet u mieszkancow wiosek poludnia Angoli.

Tu jest to co powiedzialam juz dawno temu, to co wielokrotnie powtarzam. Tu jest wylegarnia robactwa, chorob. Tu jest najgorsza z mozliwych jakosc zycia czlowieka. To jest mieszanka cywilizacji z ubostwem i prostota polaczona. Niewielu jest takich, ktorzy osmieliliby sie wejsc do ktoregos z tych domu, wyjsc na taka ulice i slizgac sie po tym wszystkim i patrzec jak dzieci wybieraja larwy much, ktore dopiero co sie wylegly.... 

Jedno z calkiem przyzwoicie wygladajacych domow i podworek

W tym upale, w tej wilgotnosci powietrza, w tych ogromnych, zielono- czarnych kaluzach jest wszystko, wszystko co najgorsze stworzyla natura, a pomogl jej w tym czlowiek.

Z naprzeciwka minal nas Landrower (Tylko biali takim jezdza), mysle " Czyzby jeszcze jacys szalency? Nie, to Siostrzyczki Misjonarki w bialych habitach wyjezdzaly z tego miejsaca. Slizgajac sie po blocie, tonac w brei po drzwi niemal.

Na zdjeciu rodzenstwo. Albinizm jest tu dosc czesto spotykany.
Nie latwe zycie maja czarni ludzie pozbawieni pigmentu.Ich skora narazona
jest na poparzenia.

To niesamowite poznac ludzi tak pelnych poswiecenia jak Misjonarze i Misjonarki z Angoli. Naprawde. Tylko silna potrzeba oddania drugiemu czlowiekowi....nic innego nie nie wchodzi w gre. Nie ma mowy o przypadku na pewno.

Jesli ktos mysli, ze Misjonarze i Misjonarki w Angoli modla sie tylko, odprawiaja Msze sw. i namawiaja do wiary w Boga, to jest w wielkim bledzie. Tu jest praca, praca i praca....oddanie, a wszystko polaczone z ryzykiem zagrozenia chorobami, tu jest oddanie, poswiecenie, praca i modlitwa....

Jedziemy....

<<wstecz   dalej >>>