21 stycznia 2007 r.
______________________
ktora kaluza jak jest gleboka
i z ktorej sie wyjedzie, a z ktorej juz nie
   

Do Henia nie da sie jednak dojechać  samemu, do Henia trzeba przeplynac, albo za Heniem pojechac, bo Heniu wie, ktora kaluza jak jest gleboka i z ktorej sie wyjedzie, a z ktorej juz nie.

Nasz nowy samochod z napedem na cztery kola dal rade (a jak potem wygladal i jak smierdzial, bo jak te kaluze sie poruszy to dopiero jest jazda). Ale tuz przed samym Seminarium, byla tak ogromna woda, ze jednak zdecydowlismy sie do Henia zadzwonic (nie wyobrazalam sobie jakos, zeby wysiasc z samochodu i brodzic po tym:-)

O.Henryk powiedzial: "W nia nie wjezdzajacie, poczekajcie."

I juz za chwile byl przy nas, bieluskim autem przystosowanym do najtrudniejszych warunkow. Nie powiem, ze drogowych, bo to nie drogi sa przeciez. Do najgorszych wszelkich warunkow i juz.

My za Ojcem Henrykiem... i ludzie do Kosciola na siodma rano szli
Krzesla niesli swoje, bo tu do Kosciola ze swoim siedzonkiem sie idzie, do wielu szkol tez.
Kazdy wiec niesie co ma. Sa i tacy co kawal cegly niosa, zeby usiasc. A potem te cegle zabieraja z powrotem.

Wyjechal po nas, przewiozl nas przez male, mokre i wyboiste uliczki, tak waskie, ze niemal ocieralismy sie o lepianki. A bose dzieciaki biegly  i krzyczaly "Padre Enrkio, Padre Enrkio"  i machaly radosnie, a do nas "Branko, Branko" czyli Bialy. Ludzie patrzyli  na nas zdumieni.... Machali, pozdrawiali, bo my z Ojcem Henrykiem, to tak jak swoi.

Zaufanie do Niego jakby przeszlo i na nas.

A potem przyjechalismy do Kosciola... Do tego ogromnego, pod dachem z krzywej blachy, gdzie ołtarz najskromniejszy ze skromnych, do ktorego na Msze sw. przychodzi oklo 700 osob z najubozszych osiedli.

<<wstecz  dalej>>