22 stycznia 2007 r.

_______________

A zanim wyjechalismy...

 
 
Tuz przed Msza....
 
Znowu zle sie ubralam do Kosciola  okazalo sie, niestosownie. A tak sie staralam. Za kazdym razem zle sie ubieram i ktos probuje mnie "okryc", wiec tym razem dlugo myslalam "Co ubrac?" (wciaz nie mam wielu ubran, bo i po co, bo w Polsce akurat byla zima i nie moglam nic kupic)
Tym razem duzo czasu poswiecilam by wreszcie ubrac cos stosownego, a jednoczesnie, zeby sie nie ugotowac.
Ubralam wiec "grzeczna" czarna bluzeszke okrywajaca ramiona i biala spodniczke za kolano.
Do ostatniej chwili sie zastanawialam czy wziac batik w razie co. Ale w koncu zrezygnowalam patrzac w lustro. Bylam okryta jak nalezy. Potwierdzenie dostalam tez od rodziny.
 
Kiedy tuz przed Msza przechadzalam sie przy wejsciu, jakas kobieta podeszla do mnie z kawalkiem plotna i podajac mi je duzo mowila i pokazywala na moja spodnice.
Sama zerknelam. "O co jej chodzi?" - myslalam.
Plotna nie przyjelam. Nie bylo czyste i nie pachnialo ladnie to raz, a dwa pomyslalam, ze juz tym razem sie nie dam.
Ale zrozumialam o co jej chodzilo i podziekowalam ladnie.
Naciagnelam bluzeczke jak najnizej, malo jej nie porwalam i powiedzialam, ze kiedy juz usiade bedzie ok i poszlam sobie (ostatnio jedna Pani kazala zapiac mi guziczek w dekolcie, pod sama szyje, co uczynilam bezzwlocznie).
A w spodniczce chodzilo o to, ze lekko, naprawde prawie niewidocznie "przebijala". Byc moze bylo widac obrys bielizny, byc moze....
W kazdym razie nastepnym razem owine sie cala w plotna...
  
              
      W Kosciele. Na scianie fragment "Drogi Krzyzowej".
 
W czasie Mszy ludzie pieknie spiewali, grali na bebenkach i grzechotkach.
Nie bylo naglosnienia niestety, bo bateria siadla od wilgoci. Ale i tak bylo fajnie, bo caly tlum ok. 700 osob serdecznie powital nas brawami a my odwrociwszy sie (siedzielismy z samego przodka) pomachalismy przyjaznie do wszystkich. Ci prosci ludzie naprawde cieszyli sie, ze przyjechalismy do nich po raz drugi. Kacper powiedzial, ze jestesmy chyba najbardziej hardkorowa rodzina bialych w Afryce. To jeszcze wtedy powiedzial, gdy pokonywalismy na wlasne zyczenie cuchnace ulice.
   
                                            Po Mszy wszyscy wynosza krzesla
 
                                       
                       Moi chlopcy poszli po wor z zabawkami
 
W czasie Mszy slychac bylo niczym w szpitalu pokaszlywania i chrzakania.
Wielu ludzi jest chorych. Wielu byc moze ma gruzlice, bardzo wielu zoltaczke.
O. Henryk powiedzial nam potem, ze w Angoli jest najwieksza w swiecie umieralnosc wsrod dzieci. Wiedzialam o tym, przeczytalam na stronach Unicef, a takze nie trudno sie domyslec bylo.
Wczoraj widzialam jak jeden czlowiek pil wode z "zyjacej" kaluzy. Inny myl sie w niej. Pani Ula dzis mowila, ze Swieta ostatnio widziala jak dzieciak odgarnial zielony kozuch pokywajacy kaluze i malymi raczkami nagarnal a potm pil wode.
Wszyscy troche z niepokojem myslimy, ze lada dzien moze wybuchnac tu cholera. Tak jest co roku po deszczach. Ostatnio byla  na poludniu. Wtedy wojsko obstawilo kaluze, z ktorej zyla cala miejscowosc. Wladze slusznie wystraszyly sie powaznej epidemi i zadbaly wreszcie o to by dostarczac ludzia wode w zbiornikach.
 
Dzis od rana leje. Wszystko plywa. Nie ma pradu w wiekszosci miasta. Ulice zalane. Glowne znowu zakorkowane. Wszyscy pracownicy Crown zawrocili z drog jadac do pracy, bo drogi nie przejezdne.
 
Zamkniete sa wszysciutkie sklepy, doslownie wszystko.
 
Dzis przyszla Celeste i powiedziala, ze dlugo nie zobaczy swojego wnuczka, bo most, ktory laczyl osiedle na ktorym mieszka jej corka z rodzina sie zarwal. Dobrze ze maja jedzenia na miesiac, bo tu wszyscy robia zapasy.
 
Dwumiesięczny wnuczek Celeste- Żjazi ma na imie.
W czasie ostatniej wizyty w moim domu
 
                                  
                                                       Slodziutki, chwilowo odciety od swiata:-)
                                                                                
                                                                
Wlasnie slonce wyszlo, cieplutko, jak w Polsce ciepla wiosna. Ide do pralni. Zawsze jak tam schodze to boje sie, ze napotkam jakies niezidentyfikowane zwierze, malutkie, ale grozne, albo brzydkie, albo straszne. A jak zadna z tych ewentualnosci, to na pewno bedzie inne, nieznane z wygladu i zachowania:-) Ale nie tak mocno sie boje. Po prostu czekam... Ostatnio spotkalam karalucha, mial jakies 5 cm. Za duzy byl.
 
<<wstecz   dalej >>>