31 stycznia 2007 r.
____________________
Duna
                                         
  Dune i jej szescioro rodzenstwa poznalam dzis  przy jej domu obok kliniki Sagrada Esperancea. Poznalam tez jej mame, ktora nie mam pojecia jak bedac tak mloda osoba zdazyla urodzic siedmioro dzieci.

Do Sagrada Esperancea musielismy znowu pojechac, zeby zrobic test na malarie. Kazda goraczka to koniecznosc natychmiastowego zrobienia testu. Normalnie nikt by sie nie przejmowal pierwszymi symptomami przeziebienia, ale tu nie mozna czekac. Na szczescie wszystko ok. W niedziele w czasie przyjecia w Mandarinias nasz kolega troche kiepsko sie poczul. Zmierzylismy goraczke. 39 stopni. Noc bo noc, ale trzeba do kilniki SOS. Decyzja okazala sie sluszna. Wynik testu- malaria. Tak tu jest. Jakis czas temu chorowal nasz sasiad, menadzer Mandarinias. Malaria nie oszczedza niemal nikogo. Teraz szczegolnie, kiedy ulice staly sie wylegarnia dla krwiozerczych komarow i wszelkich bakterii.

Wracam do Duny. Sliczna dziewczynka. Taki skarbek, choc mniej pogodna niz Nina. Ma tylko dwa latka i kilka chorob. Pierwsza jest zoltaczka, nastepne  widoczne to zapalenia spojowek polaczone z popularnie zwanymi jeczmieniami. Inne choroby to znaczne wypryski na skorze. Tyle widac. Duna z rodzenstwem, jak wiekszosc luandyjskich dzieci bawi sie na ulicy. Na ulic, bo w domu nie ma jak sie pomiescic. Osmielilam sie dom zobaczyc z bliska. Murowany, lepszy niz standardowy, ubogi dom w Luandzie, ale i tak byl straszny. Nie wiem, wciaz nie wiem jak ci ludzie tak zyje.

Dzieci szkoda, zwlaszcza jak chore, jak cierpia, bo te zdrowe nieswiadomie dorastaja w niedostatku i w warunkach uragajacych godnosci czlowieka .

                   
                                                                          Duna

<<<wstecz   dalej >>