7 luty 2007 r.
_______________
Miejscowy zielony targ
 
  Kilkadziesiat kilometrow na polnoc od Luandy znajdują sie jedne z nielicznych tu plantacji warzyw i owocow. Mysle, ze plantacje to zbyt wielkie slowo. Jest to po prostu miejsce, na ktorym licznie wystepuja male i nieco wieksze poletka. Uprawa roli jest nieczesto spotykana w Angoli. Zaminowana w czasie wojny ziemia nie zachecala do uprawy. Tu widocznie jest juz bezpiecznie.

Zastanawialam sie dlaczego te poletka sa takie niewielkie. Kacper slusznie zauwazyl "Gdybys miala uprawiac te ziemie motyka to nie chcialabys miec jej wiecej". I rzeczywiscie widac bylo pracujacych ludzi, lub wracajacych z pola z motyka wlasnie. Z nieba zar sie leje, a oni dziobia dziabka, dziab, dziab. Potem przynosza to co wyhodowali na sporej wielkosci targ i probuja sprzedac.

Nielatwo kupowac na takim targu, bo chodza za czlowiekiem dzieci, ktore prosza, zeby cos kupic. Dzieci bose, spocone, umorusane. I jak tu nie kupic za duzo.

 

 

 

Suma sumarum przyjechalismy do domu z samochodem pelnym swiezych warzyw i owocow. Najpyszniejszy okazal sie swiezy kokos.

Na rynku jedna z kobiet proponowala mi, zebym kupila od niej koze. Moze dlatego, ze pogladzilam po rozkach to smutne zwierze.

 
   

 

Na targu mozna kupic tez miejscowe orzeszki, bulki, a takze barwiona wode w woreczkach (Kobieta wklada ja do niebieskiego wiadra). Ogolnie na targowisku panuje specyficzny klimat. Chyba wzbudzilismy zdziwienie swoja obecnoscia tam. Biali bowiem nieczesto tam bywaja, bo kilka kilometrow dalej jest podobne, specjalne miejsce, w ktorym kupuja wylacznie chinczycy, biali i bogaci czarni.

 

 

 

 

 

<<<wstecz   dalej>>