15 lutego 2007 r.
____________________
 
Stala tak sobie...

 o siodmej rano, na gorce, wsrod smieci, blisko swego domu... Nie wiem jak miala na imie...

  ...::: Dzis z powodu poteznych korkow ulicznych podrozowalismy po Luandzie. Wszystkiego razem okolo 8 godzin. W tym czasie zalatwilismy kilka spraw, ktore zajely doslownie kilka minut. Na chwile zajechalismy do Ambasady RP, reszta to podroz, dluga, meczaca, wlasciwie bardziej stanie niz jechanie.

W tym czasie mielismy tez przygode. Niewiele brakowalo, zebysmy wyladowali na policji. Na szczescie trafilismy (przydzielono nam) na sympatycznego policjanta, ale strachu najadlam sie co niemiara. W trakcie calej akcji wyjelam moja karte z aparatu i szukalam miejsca zeby ja ukryc. Najpierw wpadlam na pomysl, ze schowam ja do bielizny, potem pomyslalam, ze moga zrobic mi rewizje osobista, wiec pomysl okazal sie chybiony. W nerwach nawet, kiedy ja ogladalam, przez moment przemknelo mi przez glowe, ze ja polkne, ale ona taka kanciata, a i tak nie byloby czym popic:-) bo woda sie skonczyla wlasnie. Na szczescie mimo, ze rece i nogi trzesly mi sie ze strachu bylam jeszcze na tyle przytomna, ze szybko odrzucilam te chwilowa dosc idiotyczna mysl:-). W trakcie gdy Mirek "wyjasnial" sprawe ja zdazylam dosc sprytnie ukryc karte w jednym z zakamarkow samochodu, poczym wykonalam telefon do domu, zeby Kacper wyniosl do Kler  laptopa i pendrive'a z wgranymi zdjeciami. Zaczynalo byc naprawde goraco.

Wszystko jednak dobrze sie skonczylo. Ryzykowalam wiele, ale nie chcialam stracic zadnego z ok. 300 zdjec, ktore dzis zrobilam.

A cala sprawa o zdjecia byla wlasnie. Dalej opisalam caly przebieg zdarzen, ale poki co ze wzgledu na bezpieczenstwo nie powinnam tego publikowac,   wiec zachowam to w moim archiwum :-)

Szkoda byloby tych zdjec, bo na nich i Manuel Antonio i Dionizja i inne dzieci...

<<<wstecz  dalej>>