1 kwietnia 2007 r.
________________
 
Kabuledo
 
        
   
                                                          Jedna z wiosek rybackich w drodze do Kabuledo
   

Dzis dzien zaczelismy przed piata rano. Na dworze 26 stopni. Kocham moja Afryke za to, ze kiedy wychodze z domu nie musze zabierac sweterka. W czasie drogi moglismy cieszyc sie cudnym wschodem slonca i przepieknymi krajobrazami. Dorodne kaktusy, baobay i lasy palmowe niesamowicie kontrastowaly na tle jaskrawo czerwonego nieba.

W drugim odcinku drogi moglismy natomiast poczuc sie jak na rajdzie Paryz Dakar. Tonelismy blocie, wodzie i lby nam urywalo. Ale bylo naprawde niesamowicie. Droge torowal Doktor, nasz wspanialy znajomy, ktory potem wyciagal mi z nogi jakies paskudztwo.

Przejezdzalismy przez rybackie wioski, ja je przeszlam pieszo. Ludzie wlasnie zaczeli opuszczac swoje liche chatki. Kiedy patrzylam na te domki to znowu zaczelam sie zastanawiac jak, ludzie Ci czuja sie w swoich domeczkach, kiedy szaleja takie burze i wichury, jak  ostatnio niemal co noc. Znajomy powiedzial, ze ich dachy fruwaja wtedy po calej wiosce. Nie dziwota...

Typowy domek wiejski
 
Kiedy dojechalismy na miejsce, bylo juz zupelnie jasno. Niektore mamy myly swoje dzieci w Atlantyku.
 
 
Potem przygladalam sie pieknym krajobrazom Kabuledo, bawiacym sie Atlantykiem, dzieciom, rybakom ruszajacym i wracajacym z polowu, pracujacym kobietom, zwyklemu afrykanskiemu zyciu, psiakom, kotom i kociakom, malpom, papugom, kurom i kogutom  i calemu dniu spedzonemu  w slowianskim gronie.
 
<<< wstecz  dalej >>