7 kwietnia 2007 r.
___________________
 
 Przedswiateczne, afrykanskie klimaty
 
 
 
             
              fot. Dorota ajo. 7 kwietnia 2007 r. Na polnoc od Luandy
                     
 
 
Calonocna strzelanina
________________________
 
Dzis w nocy obudzily nas strzaly. Najpierw pierwszy, jeden. Myslelismy, ze moze straznik zasnal i niechcacy nacisnal na spust, bo to sie czasem zdarza, ale za chwile strzaly sie powtorzyly. Najpierw pojedyncze, a potem cale serie. Slychac bylo spadajace luski od nabojow. Szczerze mowiac zaczelam sie niepokoic. W celu sprawdzenia co sie dzieje wylazlam ostroznie na balkon. Wtedy uslyszlam, ze zazwyczaj jest tak, ze jak jest strzelanina to najlepiej zejsc do piwinicy i przeczekac, a nie wychodzic na balkon (i tak nie mamy piwnicy). W kazdym razie z balkonu nic nie zobaczylam, czyli nie u nas w Mangarinias tylko na ulicy. W Mangarinias tez mogloby sie to zdarzyc, bo nasz wlasciciel kompandu od kilku dni posiada wlasnego uzbrojonego komandos, ktory pilnuje jego, jego zony i domu (sasiadujemy z nim:-) Komandos od kilku dni siedzi niemal pod naszym oknem. Mysle, ze szef musial poczuc sie ciut niepewnie skoro zaopatrzyl sie w bron.
W kazdym razie po nieprzespanej nocy (kule naprawde swistaly pod oknem a strzaly czysto, jak na wojnie) rano zaczelismy szykowac sie ze swieconka. Wlaczylismy TV, zeby sprawdzic czy czasem nie wybuchlo jakies powstanie, albo wojna nie daj Boze. Przed Ambasada Polski bylismy umowieni ok. 9. Stwierdzilismy, ze skoro Pan Ambasador nie dzwoni, ze cos sie dzieje, to mozemy jechac.
Rzeczywiscie Luanda wygladala bez zmian. Czyli normalnie. Spytalismy straznika przy bramie, czy wie cos o nocnej strzelaninie. Ten odpowiedzial, ze w nocy ktos probowal przepedzic ze swojego domu dzikich lokatorow. Prawdopodobnie Ci stawiali opor i stad strzelanina.(ale zeby cala noc?)
 
Koszyczki
 
W polskim gronie wyruszylismy z koszyczkami na polska misje katolicka do Kifangondo. Mowie wyruszylisma, bo to cala wyprawa ciagnaca sie w nieskonczonosc. W tym czasie znowu zza szyby samochodu ogladalam caly ten absurdalny swiat, do ktorego wprawdzie sie juz przyzwyczailam, ale ktory jednak tak trudno ulozyc sobie w glowie.
 
Dotarlismy do celu spoceni jak szczury (dzis 40 stopni w cieniu). Przywital nas pogodny o. Andrzej. W patio plebani z Pania Ambasadorowa ustawilysmy nasze koszyczki. Bylysmy z nich strasznie dumne, ogladalysmy, przekladalysmy. Wygladaly prawie, jak te swiecone dzis w naszej Ojczyznie. Tu nie ma tej tradycji. Ale jest sie Polakiem wszedzie i moze wlasnie tu, na obczyznie czuje sie to jakos bardziej.
 
Koszyczki poswiecone. Nawet lekko zaczelismy swietowac. Babke wielkanocna razem jedlismy:-)
   
           
              Nasze polskie koszyczki w Afryce. Moj ten jasniejszy.
              Wiekszosc smakolykow przywieziona z Polski.
 
Tu wszystko jest takie inne. Przedswiatecznej atmosfery nie ma. Nie ma zajaczkow, kroliczkow, kurczaczkow. Nie ma w sklepie niczego co przypominaloby, ze zbliza sie Wielkanoc. Nie ma gadzetow, dyndajacych jajeczek na galazkach. Nie ma zielonej trawki  i zapachu wiosny. Ale to nic. Jest za to wieczne lato i mysl, ze "inaczej" bywa piekne.
 
Bo na przyklad, zeby poswiecic jajka trzeba wsiac do jeppa i przejechac przedziwna droge, wyboje, korki, trzeba kilku godzin... ale wtedy koszyczki swieci sie tylko dla nas... wtedy mozna spotkac Polakow i poczuc sie naprawde niesamowicie szczesliwym. Chocby tylko z faktu spotkania i wspolnej rozmowy, polskiej mowy.
 
             
                    <- wstecz  dalej ->