12 listopada 2006 r.

______________________

"Chodzcie, to tu"

...::: Wczesnie rano przyjechal Joao. Zapakowalismy sie do auta . Mamy jechac do Henia. Pokazalam Joao plan narysowany przez Henia w czasie wieczoru  polonijnego. Tam nie ma ulic, ani numerow ani nic, choc to peryferia Luandy. Joao podrapal sie po glowie, usmiechnal i podjal wyzwanie. Przejechalismy srednio zakorkowana Luande i tuz przy dwoch silosach utknelismy, bo droga w prawo jakas dziwna, jak nie droga. W koncu skrecilismy. Jedziemy. Dziury, ze leb urywa, duzo smieci nedzne domy po bokach. Biedni ludzie tu zyja. Bardzo biedni. A my wzrokiem mamy szukac Kosciola, w ktorym O. Henryk (Heniu fajny swoja droga) ma poprowadzic Msze sw. Polski Misjonarz Werbista. czlowiek o pieknych spokojnych oczach i wielkiej cierpliwosci. Jedziemy. W pewnym momencie mijamy grupke ludzi po prawej stronie. Mowie" Chyba widzialam tam bialego czlowiek, Joao zatrzymaj". Wracamy. Wyskakuje z auta, tak na chwile, bez sprzetu, czyli aparatu, bo nie wierze, ze to tu. Ale to tu. Masa ludzi. Wielka wiata kryta blacha, na palikach z drewna, drewnem, wzmacniana. Blacha dziurawa w wielu miejscach.  Ludzie odwracaja sie w moja strone. Daleko przy oltarzu widze Henia. Krzycze do rodziny "Chodzcie, to tu" Niesamowite. Maly Kosciolek, w ktorym bylam, byl taki skromny i maly. Ten jest ogromny, ale rownie skromny. Nigdy w zyciu nie widzialam takich Kosciolow, jak tu w Angoli. Bylam przeciez na polskich misjach w Afryce wielokrotnie.

Stajemy cichutko z boku. Ale i tak wszyscy odwracaja sie w nasza strone. Podchodzi do nas mezczyzna i mowi " Wasze miejsca sa z przodu". Idziemy srodkiem Kosciola za nim. Cisza, wszyscy patrza na nas, a mnie sie ryczec chce ze wzruszenia i sama nie wiem dlaczego. Ale to jeszcze nic, za chwile sie nas przedstawia. Ze Polacy, jak Padre Enriko, jak Jan Pawel II. Potem Mirek ma cos powiedziec. Trema. Setki ludzi patrza... Mowi kilka slow, oklaski, spiewy.

Taki biedny ten Kosciolek, taki skromny. Chcialoby sie powiedziec swiatu " Ludzie, zrobmy cos" . Natychmias kolacza mi sie mysli, ze musze cos zrobic, jak wroce do Polski. Trzeba cos zrobic. Potem nieco sie wyciszam. Spokojnie. Tu tak jest. Tu takie zycie.

Ludzie ubodzy i tak duzo dzieci. Setki dzieci. Obstapiaja mnie. Wiele ma zolte oczy. Zoltaczka na pewno. W takim brudzie to nieuniknione. Jedna z dziewczynek szczegolnie blisko mnie. Woja ma na imie. Fajna, wesola, szczesliwa. "Boze jaka tu jakosc zycia". A oni dzis  tacy wystrojeni, bo do Kosciola przyszli, bo szacunek, bo wiara gleboka.

                                 

                                                                                   Woja

"No dobrze" mysle. Tak jest, taka Afryka. Tu mozna tylko otworzyc rece i byc, pobyc. Otwieram rece, gladze pokrecone wlosieta, usmiecham sie, nic wiecej zrobic sie nie da. Bo tu jest morze, tu jest ocean potrzeb. To jest studnia bez dna.... "Tu jest ocean  ludzi bez dobrej przyszlosci..."

Co zrobic? Co robic?.....

Podziwiam O. Henryka. Malo go znam, ale podziwiam za wszystko. Za to co robi dla tych biednych ludzi, za to,  ze ludzie Ci go kochaja i ufaja, za to, ze potrafil tyle lat tu byc i ciezko pracowac, ze dzielnie zniosl kikadziesiat malarii, ze jak ma kolejna, to nie przestaje pracowac, bierze leki i dalej, ze jest taki spokojny, cierpliwy. Ze jest taki goscinny i skromny.

                                                     a

                                           Wiara i zaufanie. Ojciec Henryk blogosalwi dzieci,
                                           ktore przynosza mu matki.

W drodze powrotnej rodza sie mysli...

"Moze jak teraz bede w Polsce to cos zdaze?, moze porozmawiac z proboszczem?, moze cos kupic i przywiezc....?"

I nie wiem co zrobie? Moze Ktos wie? Moze Ktos ma jakies pomysl???

<<< wstecz  dalej>>>