15 listopada 2006 r.

____________________________

Na plazy

                                                  

 

...:::Wczoraj pojechalismy na plaze, gdzie duzo muszelek i piekny zachod slonca. Ja czasem jak Maly Ksiaze lubie nan popatrzec.

            

Zbieramy muszle, ogladamy setki krabow, ktore wylazly na brzeg (a plochliwe skubane, ze zdjecia nie da sie zrobic), gapimy sie na  zachod slonca, rozmawiamy z chlopakami co maja wedki z patykow i lowia ryby. Jakis mlodzieniec podszedl i zagail po angielsku. Milo.

                                                                                                               

I nagle wszystko sie zmienilo. Z baru przy plazy wylazlo dwoch facecikow. I zagajaja. "Ze nie wolno fotografowac, ze za to kara" itd. Ze oni z policji. Jeden nawijal cos chyba z 15 min. Wylegitymowal nas i pokazal jakis szmatlawiec, ze on na pewno z policji itd. Pokazuje mu, ze na zdjeciach mam kraby i zachod slonca i ze jak chce to moge to usunac, zeby tylko dal nam spokoj, bo zepsul popoludnie. Ale on nie taki glupi. On wie czego chce. Meczy i wierci dziure w brzuchu, ze za chwile wezwie patrol i pojedziemy na policje. "To se wezwij"mysle. Ale troche sie przestraszylam, ze jak zaczna dociekac to jeszcze odkryja moje zdjecia na kompie,  jak ich smietnikowe ulice fotografowalam.

Odciaga gosciu meza na strone i proponuje zeby mu odpalic troche kasy, bo jego szef (ten drugi facecik w niebieskiej koszuli, co mial zla twarz ) sie zdenerowowal i wlasnie juz wzywa patrol, bo ja go zdenerwowalam, ze mu mowilam zeby nie mowil do mnie po portugalsku. A on przeciez z Angoli to jak ma mowic. A ja do niego mowilam, ze to ja nie mowie po portugalsku. Ale to wszystko pretekst, zeby wyludzic od nas kase. Powiedzialam, ze nie dam grosza typkom. Bylo niebezpiecznie, bo daleko od Luandy, bo ludzi wokolo niewielu, bo gostkowie smierdzieli alkoholem, bo natretni.

Mowie do jednego " Ok. Zobacz , kasuje wszystkie zdjecia". Pokazuje mu co czynie. A on na to" Nie, nie, posluza jako dowod" , "Dowod czego?" pytam "Ze zachwycam sie zachodem slonca?"

Bierze lapami za moj aparat. O jeny, nie wytrzymalam. Wyszarpuje mu swoj aprat, wybucham placzem, odwracam sie i szybkim marszem nie zwazajac na niebezpieczenstwo odchodze. Za mna  z dwoma wyludzaczami zostala moja rodzina.

Cos sie za mna darli ci dwaj, ale bylam tak zrozpaczona atakiem na moja wolnosc wewnetrzna i zewnetrzna, ze sie nie odwrocilam ...

"Niby policjanci" wymiekli po chwili. Jak uslyszeli od meza ze dzwoni do ambasady, do szefa itd. to poszli jak zmyci...

Zasmarkana wrocilam do auta.. Jak widac karta ze zdjeciami zostala. Kierowca potem powiedzial, ze i tak mielismy duzo szczescia, ze wszystko moglo sie gorzej skonczyc. A ja pomyslalam, ze nie dam grosza takim draniom, ze wole kupic Setinio worek pieluszek i dac je jego mamie. Niech go przewija, zeby sie malec nie odparzyl w tym upale.

    na plaze     

 

   na plazy     

   na plaze

  na plazy

<<<wstecz    dalej>>>