19 wrzesnia 2006 r.

__________________

  Celeste- my english teacher and my new friend.

...:: O dziewiatej rano przyszla Celeste, moja nauczycielka angielskiego. Uczy angielskiego na Luandyjskim Uniwersytecie i porugalskiego w Crown. Jest Angolanka. Urodzila sie w Ondjiva (Mirek mieszkal tam prawie trzy lata). Kilka lat mieszkala w Lubango. Jakis czas temu przeprowadzila sie do Luandy, bo blisko do szkol dla jej dzieci. Niezwykle sympatyczna osoba. Naprawde bardzo mila. Miala byc u mnie godzine a siedzialysmy ponad dwie. A wszystko przez to, ze opowiadalam jej o naszym kraju (naprawde opowiadalam, podpieralam sie moimi stronami, pokazalam jej moja szkole, moich uczniow, moje kolezanki z pracy, itd.) Byla zaciekawiona wszystkim, porami roku, pogoda, roslinnoscia, kultura. Ona opowiadala mi o Angoli. Opowiadala o macierzynstwie, noszeniu i karmieni dzieci (jest tak jak pisalam). Rozmawialysmy o smierdzacych jajkach i cuchnacej mace (jajka smierdza, bo kurom wstrzykuje sie lekarstwa, a maka smierdzi, bo kupilam lokalny produkt, ktory wytwarza sie z jakiejs specjalnej rosliny). Mowilysmy o smieciach, drozyznie w sklepach i skonczonej wojnie. Pokazalam jej tez ten dziennik:-) Powiedziala, ze jak byla mala tez bawila sie w popychanie kolka. Pokazalam jej moj tomik i w tym momecia naprawde byla poruszona. Powiedziala, ze trzeba to koniecznie przetlumaczyc. Opowiedzialam jej o mojej alienacji, tesknocie i zagubieniu. A ona?

Powiedziala "Rozumiem Cie, bardzo rozumiem. Kiedys pojechalam do Londynu i plakalam codziennie, bo tesknilam do mojego kraju, do mojego domu, bardzo tesknilam do Afryki".

Dom jest zawsze domem, bez wzgledu na to czy jest z najszlachetniejszej cegly, czy z patykow i blachy. Dom to dom. Dom to nasze miejsce na ziemi. Nie musi miec ladnych mebli i dywanow,  nie musi miec pradu i kranu, ani nie musi wygodną kanapą zasluzyc sobie na to okreslenie: "mia casa, my home, moj dom". Po prostu jest. A tyle sie nasluchalam o tym, ze gdyby powiedziec obojetnie komu z miejscowych mieszkancow, ze moga wyjechac do Europy, bez zastanowienia opusciliby swoj kraj. To nie prawda, to nieabsolutna prawda, to polprawda. A gdyby ponoc pomoc wyjechac miejscowemu, to bylby nam wierny do konca zycia. ...z ta wiernością to chyba przesada.

Celeste opowiedziala mi też o swojej rodzinie. Ma 6 dzieci, wiekszosc juz dorosla, wyksztalcona. Lekarz, prawnik, dwoch informatykow no i jeszcze dwoje dzieci w szkole. Jeden z snow przyjazni sie z moimi chlopcami (graja razem w koszykowke), wlasnie przez niego dotarlam do Celeste. Mieszka tylko trzy domki dalej. Jej maz pracuje w Ministerstwie Finansow w Departmecie Rolnictwa. Nie jestem pewna, ale byc moze jest ministrem (moj swietny angielski) Nie spodziewalam sie, ze w tym zamknietym kolonialnym wiezieniu poznam "miejscowa". Tak biali tu mowia o rdzennych mieszkancach Afryki.

...::: Moi 4 panowie kazdego wieczoru graja w tenisowego debla z Brazylijczykami. Dzis mecz Polska- Brazylia- 0:1.Troche wstyd:-)

Graja tez w pilke nozna, a raczej grali, bo juz dwie pilki im sie stracily, ktos je zajal:-) Stracily sie tez Filipa okulary (w oceanie) zaraz po tym jak wielka woda wciagnela mnie wraz z aparatem. Ocean okularow nie oddal.

...:::: Wracajac myslami do niedzielnego dnia na plazy przypomnialam mi sie pewna refleksja, ktora zrodzila mi sie tam. Mialam duzo czasu, bo glownie lezalam i gapilam sie jak:

-Anglik podobny do Szweda puszczal latawiec (pomagalam mu jak mu spadal)

                                                        

-jak drugi Anglik, drobniutki probowal zlowc rybe, ale nie zlowil, chyba w zamian za to ocean dal nam tamta  wielka rybe

-jak Abi i inne dzieciaki bawily sie w piasku

-jak chlopaki szaleli w Atklantyku

-jak dwie Angielki maskowaly niedoskonalosci swej figury, tzn. nie wiem czy maskowaly, ale wiem ze sie nie rozebraly.

-gapilam sie jak Kieth rozklada grila i na caly wielki piknik sie toczy (tez powinnam sie  udzielac, ale jak alien to alien)

Na koniec wielkiego zarcia  wraz  z Julie- Nowozelanadka nakarmilysmy krecace sie glodne, obdarte (chcialam napisac bose, ale bose to i my bylismy) dzieciaki (w zamian za to zaniosly nam bagaze do samochodu). A ta Angielka, pamietacie? Ta co mi kogos przypomina, nie oddala swego jedzenia, nawet sie troche zmarszczyla, jak my.... a wczesniej przygryzla Filipowi, ze gral z angolanskimi chlopakami w pilke. Hmmm... mialam sie nie uprzedzac. Znowu mnie palnac.

...::: Wracajac do mysli plazowej. Siedze sobie, patrze na Atlantyk, plaza prawie pusta, tylko my biali (te angolanskie chlopaki wzieli rybe, ktora wyrzucil nam ocean i biegiem zaniesli na swoja ciezarowke, a wrzeszczeli przy tym radosnie, a fajnie wygladali, tyle jedzonka i samo przyszlo i pojechali):-)

No wiec siedze, patrze i mysle..."Jestem daleko, bardzo daleko... No wlasnie ale daleko od czego?  Daleko skad? Daleko dokad? Co wziac za punkt odniesienia? Jeden z biegonow? Rownik? Poludnik zero? Pasuje tylko jedno. Daleko od domu....no a dom to nasze miejsce na Ziemi, czyli jakby nie patrzec jestem daleko.... A rodzina? A rodzina ze mna....a ja niby daleko wciąż ...."

Poza tym tez na swoj sposob blisko jestem, calkiem blisko, siebie na przyklad, bo zabralam tu swoje mysli, tesknoty, rozterki... choc one jakby  z innego punktu odniesienie. Z odniesienia tego miejsca na ziemi, tego kawalka ziemi...

..::: Znowu polowanie na mosquito... jeden uciekl...jeden straceniec, czyli 1:1

...::: Przyszedl sms na angolanska komorke " W dniach 22- 24 wrzesnia druga tura szczepien przeciw POLIO..." Ten kraj zadziwia mnie na plus, coraz  bardziej. Jesli chodzi o POLIO, to dosc czesto na ulicy mozna spotkac ofiary tej choroby. Maja znieksztalcone, wykrecone nogi. Chodza na czworakach, na rekach maja "japonki". Jest ich naprawde wielu. Zwrocilam na nich uwage juz dawno i pomyslalam, ze przydalyby sie tu szczepienia...

A szczepienia sa...

Ten kraj na prawde staje na nogi.

...::: Tete dzis wyprala u nas ciuszki swoich dzieci. A co tam.... nawet nie spytala... a co tam...

...::: "Kociory" niedzikie zaczely wybrzydzac. Pogardzily lekko nadkawaszona zupa rybna , a Filip zjadl;-) Tu nic sie nie marnuje, nawet okruszek chleba (chleba tu nie ma, tylko biale bulki). Jak ugotowalam zupe rybna, to powiedzialam "Przepraszam, ze dzis znow rybie glowy". Moi synowie znali ten tekst, a tekst z pewnego filmu, ktorego akcja rozgrywa sie w XVIII wieku. Samotna kobieta z dwojka dzieci, bez srodkow do zycia, chodzi co rano na plaze i zbiera resztki po wypatroszeniu ryb i tylko to podaje do jedzenia swoim dzieciom i za każdym razem mowi do nich ” Przepraszam, ze dzis znow rybie glowy”, wiec i ja  kiedy podaje do jedzenia cos nudnego moim synom to mowie dokladnie to samo czyli "Przepraszam, ze dzis znow rybie glowy"....

 

 

Droga na plaze.

 

   Chłopaki, ktorzy pomogli nam zaniesc bgaze          

                                                                                        <<<wstecz  dalej>>>