9 wrzesnia 2006 r.

_______________

Znowu o kocie, czyli zatrzymalam ruch na zatloczonej ulicy Luandy

....::: Rano jechalismy na duze zakupy (znowu). Korki w Luandzie takie ogromne, ze taki wyjazd to cala wyprawa. Stoimy, jedziemy, stoimy...jeszcze nie znudzil mi sie uliczny gwar i ogolny siwy dym jaki odbywa sie za oknem, to sie gapie na to wszystko.

Stoimy, jedziemy, stoimy i nagle patrze maly kociak na srodku jezdni, malenki. Ten to akurat taki jak moja dlon. Nie mam pojecia skad wzial sie na srodku tak ruchliwej drogi. Drze sie w nieboglosy, a samochody przejezdzaja "po nim" to znaczy jakos tak szczesliwie, ze on wciaz  miedzy kolami. Sliczny, szary... na stracenie.

Widok jakis jak z filmu naprawde, bo samochody jada tam po trzy na waskiej drodze i do tego jak szalone. Moze z powodu korkow jada niby wolno, ale nonszalancko i to tak ze zahaczaja o siebie nierzadko. Prosze kierowce zeby zatrzymal samochod.

Stajemy.  Wysiadam. Staja wszystkie samochody, przed nami, za nami. Tamuje i tak ciagle zakorkowany ruch uliczny. Biore kociaka na rece i przenosze go z dala od drogi. Cala Afryka w samochodach czeka az wroce do auta.  Wracam w oklaskach, doslownie. Zwykle nerwowi luandyjscy kierowcy tym razem umiechem, brawami i gestami wyrazaja aprobate dla mojego czynu. Ups... A ja nie dla poklasku, ja dla malego afrykanskiego kota, bo te koty jakos same na mojej drodze sie pojawiaja.

Potem dlugo myslalam zeby wrocic po kociaka i wziac go dla Tete, bo tamtego malenkiego juz nie ma, bo matka, czyli kocica wykradla go wczoraj z kartonika. Tete wezmie go znowu, jak on tylko podrosnie, wiec nie wrocilam po kociaka z ulicy.

....::: W sobote przyjechal Niels z Dani i przywiozl swoich dwoch synow (na rok). Sa w wieku Kacpra i Lucjana i beda mieszkac w domu obok.

...::: Moj angielski jest na pozimie pieciolatka, bo jak na razie zaprzyjaznilam sie z mala dziewczynka o wdziecznym imieniu Abigale. Z jej mama idzie mi gorzej:-). Abigale jest slodka. Pomalowalm jej dzis paznokcie.

...::: Za chwile impreza. Nie chce mi sie. Wszyscy tu strasznie przezywaja ten wieczor, wszyscy tu zadomowieni, a ja wciaz obca.

...::: Coraz bardziej brakuje mi moich polskich przyjaciol. Ciesze z sie wiec z kazdego listu i dziekuje za kazdy. Te teskonote za tym co mialam w Polsce wiazalabym jakos z ograniczeniem swobod, skrepowaniem mnie wewnetrznie, zamachem na moja wolnosc:-) Przy czym nie wiem kto dokonal tego zamachu. Moze to przez  Lariam, ktory biore, zeby nie dostac malarii. Od niego ponoc miewa sie niezle jazdy, a takze lÍk przed zamknieta przestrzenia. Moze mam jakies tego poczatki? :-) Zamierzam to odstawic, tak czy siak. Komarow prawie nie ma, tylko raz polowalam na jednego w nocy, identycznie jek kiedys w Zimbabwe w Victoria  Falls, pod moskitiera.

...::: Dzis zastanawialam sie nad tym, jak kanister zrewolucjonizowal Afryke i ulatwil ludziom zycie. Ciekawe czy wozek dla niemowlaka zrewolucjonizowalby macierzynstwo w Afryce? Ciekawe co by to bylo gdyby sprowadzic wozki dla  dzieci? Tu w Luandzie wszystko dobrze sie sprzedaje. Ciekawe czy ktos by je kupowal? 

Jezu, skad mi takie glupie mysli przyszly do glowy? Przeciez to byloby straszne. Pozbawic dzieci tego, co najcenniejsze dostaja, pozbawic matczynej bliskosci. Pampersy juz widzialam u ulicznych sprzedawcow, mleka w proszku jeszcze nie. Na pewno nie jest potrzebne.

                <<<wstecz   dalej >>>               

     Najwiekszy dar dla malucha- karmienie naturalne. Niech choc tu przetrwa na wieki.

 

 

 

 

                       I zawsze tak blisko mamy