22 pazdziernika 2006 r.

______________________

Kolorowe dzieci

 

 

            

 

...::: Na wczorajszy wieczor  zostalismy zaproszeni na party do willi w centrum Luandy. Okazja byly urodziny zony jednego z konsultantow. Do domu wpuscil nas uzbrojony straznik, a drzwi otworzyla sluzaca w niebieskim fartuszku i bialym czepku. Znowu kolonialne klimaty, ale powiedzmy, ze juz sie przyzwyczailam. W ciagu godziny zebral sie dom pelen gosci roznej narodowosci i roznego koloru skory. Wiekszosc ludzi widzialam po raz pierwszy, ale byli tez i juz bardzo mi dobrze znajomi z Mandarinias. Gordon nawet zostal moim bodygardem. Kiedy robilam zdjecia pilnowal mojego drinka, tak zeby ktos nie podyspal mi czegos do szklanki:-). Wieksza czesc party dziala sie na podworku z murem, tak wysokim ze najciezsze wiezienia chyba takiego nie maja. Oczywiscie drut kolczasty tez byl i szczera noc byla a gorac taki, ze wszyscy sie rozplywalismy. Od kilku dni coraz mocniej daje sie odczuc afrykanskie lato i tropikalnosc klimatu. Na przyjeciu bylo oczywiscie moc jedzenia i picia i byly tance do bialego rana. Po drugiej stronie muru tez bylo party, ale czarne i glosne bardzo, wiec muzyka ryczala i od nas i stamtad na pol Luandy chyba. Tuz przed wyjsciem do domu na srodku kuchni rozbilam cala butelke wina. No swietnie. Predziutko przyszla sluzaca i szybko to posprzatala. Kiedy wracalismy Joao mogl posluchac  jak pelen samochod bialych spiewal " We are the champions". Dzis przy basenie okazalo sie, ze rano prawie cale Mandarinias obecne na wczorajszym przyjeciu mialo biegunke:-) Ze tez kazdy sie pochwalil, ale tu czesto ma sie takie afrykanskie oczyszczenie. Po poludniu przy basenie odbylo sie zbiorowe grilowanie. Pokrecilam sie tam tylko troche, bo jeszcze po wczorajszym przyjeciu bolala mnie glowa.

...::: Wspominalam juz o dzieciach swiata mieszkajacych w Luandzie, a teraz chcialabym o kolorowych dzieciach. Dzieci sa kolorowe, bo sie usmiechaja, bo maja ladne, barwne ubranka, bo wszedzie ich pelno, bo maja rozne kolory i dlugosci wlosow, bo maja rozny kolor skory. Na przyjecie rodzice przyprowadzili calkiem spora  gromadke dzieciakow. Rodzice z roznych zakatkow swiata i o roznych kolorach skory, a dzieciaczki to pelna mieszanka ludzi swiata. Methiu- mama Mozambijka , tata Anglik, Jago- mama Mozambijka, tata Portugalczyk, Arika- rodzice Erpeanczycy i rdzenni Afrykanczycy. Chlopiec ktorego imienia nie pamietam, ojciec Hindus, matka Angolka.

Dosc czesto spotyka sie tu bardzo dziwne malzenstwa. Dziwne, bo: On bialy, niemlody, nieladny i duzo popijajacy, a ona czarna, mloda i ladna. Zakochali sie? Byc moze. A jak to wyglada zazawyczaj? On jedzie na kontrakt bo jest juz na emeryturze. W domu zostawia zone i dorosle dzieci, nierzadko wnuki. A tu spada na niego milosc do mlodej afrykanki. Na nia raczej nie spada milosc, ale to ona czesto szuka go, a on chetny, bo kto by tam na niego w kraju spojrzal, jak czesto nawet zona juz nie chce. Ona szuka bialego na kontrakcie, zeby wyrwac sie z nedzy i zyc jak pani, zeby kiedys wyjechac do Europy. A on ? Nie wiem czy wierzy w te ich milosc. Dziwne to, ale taka jest prawda, tak  to wyglada zazwyczaj. Wczoraj na przyjeciu widzialam kilka takich par. Troche mi rece opadly, bo widzialam jak mocno wciety, belkoczacy starszy pan truje slicznej, wystrojonej mlodziutkiej zonie, a ta placze gorzkimi lzami.  Ale widac "takie jest zycie". A dzieci? Sliczne, wesole, kolorowe...

     

<<wstecz  dalej >>