26 pazdziernika 2006 r.
__________________________
A za oknem....?
 
 
....:::: Wczoraj po poludniu przyszedl pracownik, zeby zamontowac nam lampy. Akurat mielismy wyjsc na targ. To kawal drogi, wiec musielismy sie spieszyc, zeby zdazyc przed zmrokiem.
Lucjan zadeklarowal sie ze zostanie, zeby przypilnowac domu. Kiedy tylko wyjechalismy za trzecia krzyzowke Lucjan zadzwonil z placzem, ze Puszek spadl z balkonu. Przestraszyl sie kiedy facet zaczal wiercic w scianie. Straszne to bylo. Kociak stracil przytomnosc, bo malutki i spadl na beton. Clare przybiegla z pomoca, owinela kotka w recznik (fajna jest). Potem zalatwila skads telefon do weterynarza. Puszek odzyskal przytomnosc ale wygladal jakby zdychal.
Lucjan i ja plakalismy strasznie. Chcialam zadzwonic do Polski do weterynarza w moim miescie, ale coz by pomogl na odleglosc. W koncu zdecydowalismy jechac do doktora w Luandzie. Przejechalismy pol zakorkowanej Luandy i trafilismy do calkiem przyzwoitej prywatnej kliniki dla zwierzat. Doktor nie wzbudzal mego zaufania. Dziwnie wygladal. Byl w mundurze zolnierza i mial zielony czepek na glowie, jakos tak beznadziejnie nasuniety na czolo, poza tym mial dziwny wyraz twarzy. Okazal sie jednak calkiem ok. Przeswietlil kota, obejrzal i zmierzyl mu temperature. Powiedzial, ze kot jest caly, ale ma goraczke i ze jest w szoku. Dal mu zastrzyk i kazal czekac do jutra.
Wracalismy do domu w lepszych nastrojach, a nawet kociak zaczal zlizywac wode z mojego palca.
 
...::: Kiedy wracalismy z kilniki bylo juz ciemno.  Siedzialam w samochodzie i trzymalam na kolanach kosz z poturbowanym kotem. W klinice zaplacilismy majatek, a wszystko, zeby ulzyc cierpieniu malego "kocie" wzietego ze smietnika. A za oknem....? A za oknem samochodu zaczelo sie nocne zycie Luandy. Przygladalam sie lichej jakosci zycia najbiedniejszej czesci miasta. Wielkie osiedla slamsow widziane z gory noca... Tylko w nielicznych domach swiecila sie zarowka. W wiekszosci nic, albo tuz przed domem lampa naftowa.
 
...:::Kiedy w Luandzie zapada zmrok handlujace kobiety nie ida do domu. One nadal siedza na ziemi i przy plonacej lampie probuja sprzedac to czego nie sprzedaly za dnia. Dzieci wciaz na ich plecah. Dobrze, ze choc cieplo jest, a nawet bardzo, wiec nikt nie marznie... Tylko komary zaczynaja byc aktywne. Ale Ci ludzie zyja z komarami, przyzwyczajeni, bo nawet w ich domach jest ich pelno, bo domy nieszczelne, nedzne, niektore ledwo kupy sie trzymaja. A te murowane maja dach tak tylko, przykryty blacha przycisnieta kamieniami. Na jednym z podworek przy plonacej lampie tanczyly dzieci, na innym ktos sprzedawal w oknie napoje i jajka.
 
                    
 
...::: Tu jest tak, ze kazdy sprzedaje co ma. Najdziwniej wygladaja przy ulicy ni to bary ni to co. Stawia sie np. pusta skrzynke a na niej ustawie np. butelke od coli bez szyjki, zakurzona , brudna,  butelke od piwa z tez odtracona szyjka i tez brudna, stara podrdzewiala puszke, a to wszystko oznacza ze w tym miejscu mozna kupic takie napoje. To taka miejsowa reklama. Na poczatku nie wiedzialam o co chodzi. Myslalam, ze dzieci bawia sie w sklep, tylko sie martwilam ze pobitymi butelkami. Ale to prawdziwy sklep wlasnie, przydrozny. Ja nie rozumialam, bo sie nie znalam, ale miejscowi wiedza o co chodzi i kupuja. Ja tam nie kupie nigdy.
 
....:::: Wrocilismy do domu. Male Angielki i Erpeanki wreczyly mi kolorowe laurki dla Puszka z zyczeniami szybkiego powrotu do zdrowia a w srodku napisane bylo "To Pooshek (fajnie napisaly Puszek) I hope you get well soon. Love from Sophie". To samo od Jeanine. Tylko mala Abi narysowala Puszka, bo jeszcze nie umie pisac.
 
....::: Wieczorem przyszedl Migel, dunski kolega chlopakow pokazac co z nim zrobil afrykanski fryzjer. Wszedl i powiedzial "Oni tylko tak umieja obciac" . Na glowie mial zero, czyli nic.
 
<<<wstecz  dalej>>>