30 pazdziernika 2006 r.

__________________________

Niedzielne  popoludnie

                                                                                                                                            

 

              

fot. Dorota Łajło. Luanda. Afryka 29 pazdziernika 2006

...:::: W niedziele pojechalismy na luandyjski polwysep Ilha. To malownicze niegdys miejsce w Luandzie i centrum rekreacji do dzis. Czasy swietnosci ma juz za soba. Nadzieja  ze i przed soba takze. Jest tu nadal kilka fajnych knajpek, barow, restauracji. Co prawda usytuowanych wsrod kaluz i brudnych strumykow kanalizacyjnych, a takze gorek smieci gdzie niegdzie, to jednak czuc ze idea tego miejsca jest mile spedzenie czasu. Wzdluz Ilhy prowadzi dwupasmowa droga, ruchliwa oddzielona pieknymi drzewami palmowymi. Jak na niedzielne popoludnie przystalo przy knajpkach sporo ludzi i samochodow. Zaplanowalismy obiad w chinskiej restauracji. Bylam tam juz kiedys, fajne miejsce z tarasem, ktory wychodzi na plaze i ocean. Zabralismy dunskich kolegow naszych synow, Nielsa i Migela. Ich ojciec pojechal sluzbowo na poludnie kraju, tak wiec od kilku dni mam 4 nastolatkow  pod opieka. Chlopaki sa super naprawde. Lucjan uczy ich polskiego. Co prawda pierwsze wyrazy i zdania sa malo wyszukane i raczej to smieszne powiedzonka, ale ogolnie idzie dobrze.

...::: Weszlismy na taras chinskiej restauracji. Cos sie odezwalam i wtedy uslyszlam meski glos " O Boze Polacy". I tak to znowu spotkalismy Polaka w Luandzie. Mirka z Krakowa, ktory pracuje tu w niemieckiej firmie. Nasi dunscy przyjaciele stwierdzili, ze nie spotkali w Luandzie jeszcze ani jednego Dunczyka, ale za to kiedys natkneli sie w markecie na dunski placek, to go kupili.

...::: Dzis kobiety z Crown zegnaly Glenis, nowozelandke, ktora wraz z mezem wyjezdza do Kabindy, polozonej w Kongo. Pojechalam na pozegnalny lunch. Bylo duzo jedzenia i wina.

....::: Od kilku dni nie spotykam sie z Celeste, gdyz tydzien po slubie jej corka Tatjana urodzila synka. Moja Celeste zostala babcia. Chlopiec otrzymal piekne imie w jezyku suahili, ktorego nie pamietam niestety.

...::: Po poludniu pojechalismy na zakupy. Jestem pewna, ze do najdziwniejszego supermarketu na swiecie. Ogromny parking, na ktorym nie bylo ani jednego samochodu. Ale co tam. Weszlismy do sklepu. Panowal w nim polmrok, ale wyraznie widac bylo, ze sklep jest tak ogromny jak wielkie supermarkety w Polsce. Byly czynne tylko dwie kasy, bo po co wiecej, skoro w calym sklepie bylismy tylko my i mlodzi dunczycy. To sklep zjawisko. Widmo w sumie. Towar na polkach w normalnych luandyjskich cenach, tylko mocno przykurzony. Poza tym niby normalnie, troche ciemno, moze zeby kurzu widac nie bylo, no i w calym sklepie pusciutko. Tylko my.

...::: Wracajac z Ilha pojechalismy na piekny luandyjski bulwar. Chcialam sie przejsc promenada wzdluz zatoki. Niestety nie moglam patrzec na wode. U nas mowilo sie kiedys " ze mazut się wylal". Tu sie tego nie nazywa. Czarna maz obijala sie o brzeg, od tak po prostu. Nikt nie oglosil kastrofy ekologicznej, bo tu ten mazut na stale w wodzie.

...::: Na plazy Ilha dziewczynki bawily sie w sklep. Przybiegly, zebym zrobila im zdjecie.

          

<<<wstecz   dalej>>>