2 listopada 2006r.

______________________________

                2 miesiace

   

...::: Dzis mijaja dwa miesiace odkad zamieszkalam w Angoli. To kawal czasu, w ktorym przeszlam wszystkie fazy przystosowania. To wystarczajaco dlugo, zeby nauczyc sie tu zyc, zeby przestac tesknic, zeby powiedziec "Tu jest moj drugi dom". To wystarczajaco duzo, zeby kazdy dzien zaczal byc zwyczajnym dniem zycia, zeby przestal zadziwiac niezwykloscia. To wystarczajaco duzo czasu, zeby pojac, ze wlasne zycie odwrocilo sie o 360 stopni.

...::: W tym czasie nauczylam sie tu tylu prostych rzeczy np. jak i gdzie kupowac jajka, zeby nie smierdzialy chlorem, jak i gdzie kupowac niedrogie i dobre mieso, zeby tez nie smierdzialo chlorem. Jak kupowac w ogole, by niczego nie zabraklo (jak w sklepie jest maslo, to znaczy ze trzeba kupic wiecej i zamrozic, bo przez miesiac go nie bedzie).

->> Nauczylam sie tez, cierpliwie stac w gigantycznym korku i godzinami patrzec na to co dzieje sie na ulicy, nauczylam sie nie przejmowac, ze na ulicy wciaz potracaja sie samochody i samochody potracaja ludzi, nauczylam sie ze po kilka razy dziennie zabieraja prad, ze wciaz zrywa internet, ze na wszystko trzeba czekac. Nauczylam sie czekac.

->> Nauczylam sie patrzec na jakosc zycia zwyczajnych ludzi, na nedzny los wielu z nich, na wyliniale, niedozywione, wałesajace sie psy i koty.

->> Nauczylam sie spacerowac wsrod smieci i lawirowac miedzy pobitymi butelkami, nauczylam sie przechodzic spokojnie obok rynsztokow i tak, by nie upackac sie po kolana i bez obaw ze weszlam w sam srodek epidemii cholery, czy jakiegos innego dziadostwa ebolo - podobnego.
 
->> Nauczylam sie zyc bez leku, ze jak mnie ugryzie komar to zachoruje na malarie, ze jak nie umyje rak to bede miala zatrucie (wlasciwie to nigdy sie o to nie balam i o to nie dbalam)
Przez caly ten czas zdążyłam stac sie częścią tej rzeczywistości i środowiska. Wrosłam w nie, wtopiłam sie niemal w całości. Wiem, ze to wielkie slowa, ale kto tu zyl lub zyje, to wie o czym mowie. Tu dla nas gosci tej ziemi sa dwie drogi. Jedna z nich prowadzi do zrozumienia i pełnej akceptacji, współistnienia, druga do nikąd. Wybrałam pierwsza:-))

Na pewno nie wiem o Afryce wszystkiego, bo to wielki i roznorodny kontynent. Powiem więcej, wciąż malo wiem. Dlatego nadal probuje patrzec na wszystko szeroko otwartymi oczyma, wciaz  sie przygladam i zastanawiam, wciaz probuje jeszcze wiecej zrozumiec i nie tylko to miejsce, ale i zycie w ogole.

Przyjechalam tu z dalekiego, europejskiego kraju, zeby pojac, ze wyraz "czlowiek" zaczyna sie na wiele roznej wielkosci liter. Ze wszystko co stworzyla cywilizacja, wszystko co sluzyc ma  ocenie wartosci i drugiego czlowieka, to tylko umowne znaki. A zycie to mieszanka kolorow, dwoch kolorow: czerni i bieli, to jak mieszanka dwoch ras...

I jednoczesnie wiem, ze nawet tu, gdzie wszystko jest inne, gdzie taka roznorodnosc wszystkiego, istnieja pewne niepodwazalne prawdy o zyciu.

I wlasnie dzis, tu w Afryce, w dwa miesiace od mojego przyjazdu na ten kontynent, dzien po Dniu Refleksji nad przemijaniem dane mi bylo po raz kolejny uslyszec kilka slow na temat mego miejsca.... i doswiadczyc i uzmyslowic sobie prawde o nietrwalosci wszystkiego...

A zeby nie zakonczyc tak refleksyjnie, najstrojowo to dodam, ze na kolanach siedzi mi afrykanski, bialo- rudy kot przygarniety ze smietnika, kot o polskim imieniu Puszek, ktory w swym niespełna trzymiesięcznym zyciu, których mu dane ponoć dziewięć, stracil juz dwa, ale nadal zostalo mu 7. Siedzi i wyglada na najszczesliwszego kota na swiecie i nie wie o tym, ze nie zostawie go nigdy, ze jezeli zycie pozwoli to przeleci kiedys kilkatysiecy kilometrow by zamieszkac w moim domu w Polsce wraz ze swymi 2 kocimi siostrami, polskimi kotkami o niepolskich imionach Brajan i Andrea.

             

fot. Dorota Łajło. 30 i 31 pazdziernika 2006 r. Afryka. Angola. Luanda. Polwysep Ilha i ulica przy Mandarinias

 

<<<WSTECZ     DALEJ>>>>