2 września 2006 r. godz. 19.50
     ________________________________________________
 

 

 
 

2 wrzesnia 2006 r. 

__________________________________________

 Pierwszy spacer po Luandzie.
 
 
Najbliższa okolica.
Nie widac, bo troche wstyd pokazac,  ze Luanda jest brzydka, bo brudna.
Szczegolnie dzielnica w ktorej mieszkamy. Ten wszechobecny smietnik nie napawa optymizmem.
Biedny kraj zniszczony wojna probuje sie podzwignac i stanac na nogi.
Na swoj sposob podziwiam Angolanczykow, bo naprawde probuja jakos zyc.
Podobno wiele zmienia sie tu na lepsze. Ludzie w sumie czysci, nieobdarci i nie wygladaja na glodnych, 
choc domy w jakich zyja i ich obejscia sa straszne.
Mam wrazenie, ze mieszkaja na smietniku. Domy lepianki wzmacniane kartonami i czym sie da.
Ale ludzie pogodni, aktywni, kazdy gdzies biegnie, cos probuje.
Dzieciaki na swych podworkach, posmarkane bawia sie na rozne sposoby, jak to dzieci.
 
 
Kurz. Nie padalo od dawna, wiec wszystko przykryte gruba warstwa pylu, szaro czerwonego, czerwonego od ochry zelazistej. To wszystko szczegolnie w pochmurny dzien sprawia, ze krajobraz wyglada , jak po wybuchu nukleranym. 
Kiedy przyjdze deszcz, nieco oczysci ziemie, a zielen ciut przykryje smieci.
Afrykanska zima trwa, wiec nikt sie nie kapie w Atlantyku, bo na dworze tylko 29 stopni C.
My sie wygrzewamy, prawie roztapiamy. Wspaniale ciepelko.
W Atlantyku nie kapalismy sie rowniez, bo przez smieci ciezko dojsc do wody.
I na luandyjskiej plazy zakaz kapieli.
Trzeba pojechac dalej, ale to wkrotce.
 
Sklepy mocno takie sobie, slabo zaopatrzone i tylko kilka, a ceny dwa, a czasem i 3 razy wyzsze niz w Polsce. Mozna jednak sporo kupic na ulicy, od ludzi, np. miske, miotle, wegiel na grila, wszystko duzo tansze.
 
Moj prawdziwy dom w Afryce- juz wkrotce.
Widzialam go dzis, bedzie gotow za jakies 2 tygodnie.
Jest piekny, duzy i nowoczesny. Wanna jakuzzi i inne luksusy, w tym staly internet.
Na podworku nowoczesny basen dla mieszkancow campu. Meble itd. 
Chyba z checia to przyjme. Aktualny dom(ek) przypomina mi domek letniskowy nad jeziorem. 
Jest tu wszystko wprawdzie, nawet klimatyzacja, ale to troche jak  camping, lodge.  
Poza tym co jakis czas tuz nad glowa przelatuje mi ogromny samolot, huk taki, ze glowe urywa.
Lotnisko tuz, tuz.
 
Kilka razy dziennie nie ma pradu, krotka chwile, ale co jakis czas. 
Nie ma tez czasem wody w kranie.
 
Nasza rodzina znowu w komplecie.
To cieszy. Ostatnio kazdy gdzie indziej, szczegolnie tak bylo w czasie wakacji.
Moi 4 mezczyzni bawia sie niezle, kort tenisowy, basen, w domu play station.
Az sie boje pomyslec, jak bedzie z nauka.  
Jest nadzieje, ale malutka na portugalska szkole.
 
Obok domku mnostwo kotow. Zaczelam je dokarmiac:-)
 
Zagubila sie w podrozy elektryczna gitara syna i pianino drugiego syna., mam nadzieje, ze sie odnajdzie.
 
Ponizej moja czworka  w drodze na pierwszy spacer.
Powyzej kawalek z plazy i nasi sasiedzi zza muru.

 

    << wstecz  dalej >>