5 listopada 2006 r.

___________________

Droga do Kifangondo

            

                                   

                                  Dzieci ida po wode

 

...::: O osmej rano wyruszylismy w daleka podroz (25 km). Daleka, bo pokonanie tej trasy tym razem zajelo nam 3 i pol godziny. W tym czasie zdazylam wyczerpac wszystkie myli, marzenia, pomysly, zdrzemnelam sie ledwie 5 minut, bo dziury takie na drodze, ze malo glowy mi nie urwalo. Przyjrzalam sie kolejny raz  otaczajacemu mnie niezwyklemu swiatu.

...::: W nocy spadl deszcz. Tu deszcz pada tak ciuchutko i niepostrzezenie, dyskretnie, tak ze prawie go nie widac, a juz na pewno nie slychac. Kiedy rano otworzylam okno poczulam swiezutki, cieply, jakby wiosenny poranek. Lubie kiedy deszcz oczyszcza Luande.

Jednak w drodze do Kifangondo podeszczowy widok zmiazdzyl mnie zupelnie. Gigantyczne kaluze na drodze, bloto po kolana i ludzie slizgajacy sie w tym wszystkim. Ratowali sie jak mogli. Najbardziej podobal mi sie wariant "ubrac worki  foliowe na stopy a na to nasunac japonki". Drugi wariant to zdjac buty i pokonywac kaluze i bloto na bosaka. Innych mozliwosci nie bylo w sumie. Widzialam tez jeszcze takich smialkow co probowali wybierac wode z "chodnika" (tu nie ma chodnika jako takiego) i wylewali to wprost pod kola jadacych samochodow, tez niezle. Najgorzej bylo kiedy woda splukiwala smieci, a jeszcze gorzej kiedy dzieci bawily sie w tym smieciowym blocie i smieciowych strumykach. Pomyslalam ze to fenomen, ze nie wybuchla tu jeszcze jakas epidemia. Potem sobie przypomnialam, ze jakis rok, najwyzej poltora roku temu wlasnie w Luandzie zanotowano ogniska choroby podobnej do eboli, a zwanej choroba marburska, w wyniku ktorej cialo czlowieka gnilo i odpadalo kawalkami prowadzac do nieuchronnej smierci. Pamietam juz z wtedy zdjecia w polskiej TV i Internecie, oraz niepokojace informacje. Wtedy natychmiast zabraly sie za to swiatowe organizacje zdrowia i zaczela sie akcja oczyszczania i niszczenia ognisk choroby. Wirus byl naprawde grozny i oporny.  Domy i zwloki palono, okolice dezynfekowano w specjalnych ubraniach ochronnych, przypominajacych stroje kosmonautow. Udalo sie zwalczyc ognisko. Kacper powiedzial mi, ze jego kolega z angolanskiej szkoly, tez mu wspominal, ze byla tu taka straszna choroba. Ludzi jednak to niewiele nauczylo.

                   A tak wyglada jedna z ulic kiedy deszcz nie pada. Dzis tym lejem plynela woda i smieci.

                                      

 <<wstecz  dalej>>