4 wrzesnia 2006 
______________________
 

                   Biura

 
Rano przejezdzamy pol zakorkowanej Luandy i i dojezdzamy do pracy mojego meza.
Jestem pod wrazeniem tego miejsca.
Nowoczesne biuro, eleganccy urzednicy, komputery, wszystko jak w amerykanskim filmie.
Biuro Mirka jeszcze wiekszy "ekslulsiv"e. Dzieli je z szefowa cla lotniska w Luandzie,
jest jej doradca.
Jedyny bialy wsrod wszystkich tam pracujacych.
Fajnie to wyglada.
Zza szyby jego biura rozciąga się widok na wszystkich pracownikow.
Lacze sie z internetem. Probuje wrzucic co nieco na serwer. Niestety. blokada. Musze poczekac na nowy dom.
 
Potem jedziemy do brytyjskiej firmy Mirka, kilka spraw, mili ludzie.
W poblizu jest ambasada Polski.
Jedziemy stanac na naprawde niewielkim kawalku Polski w sercu Afryki.
Pan Ambasador bardzo uprzejmy, mily.
Jest tu dopiero od miesiaca. Urzadza sie jak my i poznaje to miasto.
Przyjechal po 3 letnim pobycie w  Etiopii, a konkretnie w Adis-Abebie.
Wczesniej zyl na Wybrzeżu Kosci Słoniowej.
Zapewnie mnie ze Luanda jest niezla w porównaniu z innymi stolicami tego kontynentu.
Juz jestesmy umowieni na grila, jak tylko przeprowadzimy sie do nowego domu.

Dzwoniłam do ojca Andrzeja, proboszcza  parafii w Kifangondo, polskiego Misjonarza Werbisty. Bardzo mily. Umówiliśmy się na jutro.

Moja gosposia ma na imie Tete. To mloda dziewczyna, bardzo sympatyczna.  
Polecil nam ja kolega Mirka. Wspaniale zna się na tym co robi. Dzis „urzadzila” nas.  
To znaczy znalazla miejsce dla gratow,  z którymi my sobie nie radziliśmy. 
Troche szukaliśmy niektórych rzeczy, ale się znalazly, ladnie ułożone. 
Chciala mi nawet wyprac w rekach pare majtek, bo nie pasowaly do koloru reszty pranej bielizny.

Tate jest naprawde mila dziewczyna.

 
  
Tuz za moim plotem jest ulica. 
To prawdziwy sklep, dla miejscowych. Dzieciaki pilnuja interesu.
 

Przydrozni sprzedawcy.

Nasz tymczasowy dom, 
nasz tymczasowy samochod i nasze tymczasowe koty:-)
 
<<<wstecz  dalej>>>