8 pazdziernika 2006 r.

__________________

Swiat jest taki maly..... 

na wyciagniecie reki...

 

...::: Mieszkam juz w kondominio Mangarinhas. Wciaz mam Internet, tym razem dzien i noc. Mam tez male kocie o dwoch imionach, polskim PUSZEK i portugalskim PIKENO GATU. Zabralismy kocie z Villa Viler i je wykapalismy (przezyl to strasznie). Kota sie podobno pierze, ale sie nie wyrzyma. Tak tez uczynilam, ale i tak przezyl bardzo... Teraz jest ok. I pewna jestem ze zapomnial juz o stercie rupieci, ktora byla jego domem i zapomnial tez o Parchatym, z ktorym bawil sie najwiecej... Wyglada na szczesliwego... Dzis na targowisku kupilam mu koszyk z trawy.... Teraz to bedzie kot zyjacy na ceramicznych plytkach i skorzanych kanapach. Jest sliczna ozdoba sterylnego domu i cieszy sie specjalnymi wzgledami... Nie zdradzilam tez Parchatego (Parchatego nie moglam zabrac, zupelnie nie czul sie w czterech scianach, probowalam) i jego licznej poldzikej i dzikej rodziny. Zbieram resztki z imprez, ktorych tu wiele i jezdze karmic to co nieco oswoilam. Wszyscy z Crown pomagaja w zbieraniu. Tak przyzwyczailam sie do nowego zycia, ze nawet je polubilam. Polubilam nawet mentalnosc "zachodu", bo niewiedziec dlaczego ten "zachod" polubil mnie. Zyjac tu mozna naprawde wiele zrozumiec i wiele tolerowac. Poza tym tu jest kalejdoskop ludzi. Jedni znikaja inni sie pojawiaja. Wsrod nich tylu interesujacych, tylu niezwyklych, tylu zwyczajnych...

....::: Wyjechalam z VillaVilair... i wieczorem zadzwonila Celeste " Dorota, tesknie za Toba" Wybakalam moim swietnym angielskim, ze tez tesknie i za nia i za VillaVilair, bo sie przywiazuje do majdanu i lubie wiejskie klimaty, a tu miasto w miescie.

...::: Ostatnio zdazylo sie tak wiele, zbyt wiele jak na Afryke, tak wiec nie zdolalam wszystkiego spamietac... ale

...::: Wczoraj zaproszono nas na grilowanie przed domem po drugiej stronie basenu, ale zaprosil nas tez na swoje 50 urodziny niezwykle bogaty menadzer Mangarinhas, ktory okazal sie nie brazyliczykiem, a portugalczykiem . Ciezko bylo sie rozdwoic, ale ze imprezy jedna obok drugiej, to bylismy i tu i tu.  Na przyjeciu po drugiej stronie basenu bylo przesympatycznie, po angielsku i tylu ludzi, ktorych juz znam i znowu sie obcalowalismy i mala Abi wisiala troche na mnie troche na moich chlopakach....

...::: Afryka to piekny kraj, kraj bialo- czarnych i czarno-czarnych kontrastow. Co to znaczy? Znaczy to tyle, ze wsrod czarnej rdzennej ludnosci jest wiele bajonsko bogatych ludzi, ktorzy maja takie auta, ze nawet nam sie nie sni i takie pieniadze, ze zliczycby sie ich nie dalo i jest tez kilkdziesiat razy wiecej biednych, ze tez w snach nam sie nie sni. Polega to tez na tym, ze jesli jestes bialy i zyjesz tu, to zawsze Ci lepiej... Na czym polega lepiej? Lepiej polega na wielu rzeczach. Na tym ze masz dobry dom, wode filtrowana, prad, internet, masz jedzenie, szkole, ksiazki, pieniadze, lekarstwa....Gorzej polega na tym, o czym wspomnialam na przyklad na poprzedniej stronie i  jeszcze o wiele wiecej...

...::: Wczoraj widzialam "lepiej" w wymiarze, ktory mnie zaskoczyl. Na urodzinowym przyjeciu menadzera pojawilo sie mase gosci, roznokolorowych. Menadzer mily (tylko czasem rzuca  polbrukiem, bo nerwowy i za duzo ma na glowie) Ale w jego rodzinie panuje godna podziwu milosc rodzinna, katolicka. Na urodzinowym przyjeciu Antonia pojawil sie wloski ksiadz Pedro, ktory odprawil Msze urodzinowa Antonia. A gdzie? W Mangarinias. Antonio, menadzer, kiedy zapytalismy gdzie ma odbyc sie Msza, bo moze bym poszla, bom ciekawa wszystkiego i katoliczka odpowiedzial " Tu, u mnie, mam swoj kosciol, chodzcie , pokaze wam" "Masz swoj kosciol?" Poczatkowo myslam ze zalozyl jakas sekte, bo w Afryce to dosc popularne, ale okazalo sie, ze rzeczywiscie, kilka metrow od basenu stoi sobie domek (widzialam go dawno, ale nie mialam pojecia) a tam kosciol katolicki wlasnosci Antonia. Sam go zbudowal, to jego, bo katolik zagorzaly. Pochwalil sie, ze ma  zdjecia z Janem Pawlem II, ktorego przyjmowal i goscil dwukrotnie.

Mszyczka mila, po portugalsku w rodzinnej atmosferze... we wlasnym kosciele...

   

...::A po mszy impreza wspaniala, funsz, podstawa zywienie angolanczykow, znana np. w Zimbabwe pod nazwa sadza, kilka pieczonych swinek ( W Afryce to rzadkosc, w Afryce jada sie krowy glownie), a swinki swoje, z ogromnej farmy Antonia i jego syna. Farma na poludniu kraju. Tam tez konczy sie budowa domu z dwunastoma sypialniami. Dostalismy zaproszenie. Mirek mowi "Ale tam kiepskie drogi, nie ma jak dojechac " Odpowiedz : "Jakie tam kiepskie, ja mam swoj samolot, mam tez przy farmie pas startowy, sam pilotuje" 

No to lecimy.....

...::: Przyszla do nas, do nowego domu embregada z Mangarinias, zeby posprzatac cos tam po budowie, prosta , starsza kobieta i mowi "Sinior, madam, znam was, byliscie miesiac temu w moim kosciele" .Ta bylo tam gdzie spiewali dla nas, gdzie nie bylo krzyza.... Wtedy to byl moj drugi dzien  w Luandzie.. O rety, ale ten swiat malutki... 

...::: A na impreze do Anglikow przyszedl mezczyzna. Siedzimy i nagle Mirek mowi "9 lat temu spotkalismy sie na misji pokojowej ONZ  w Kosowie". I rzeczywiscie spotkali sie i teraz znow.

Swiat jest jeszcze mniejszy... 

Swiat jest taki maly..... Na wyciagniecie reki...

<<< wstecz  dalej>>>