Angola- Powrót z domu do domu

      
                                                               fot. Dorota Łajło  

Powrót z domu do domu

Nikt przy zdrowych zmysłach nie wybiera się na wakacje do Luandy.

Ale przecież ja przyjechałam do domu, więc nie należy się dziwić, że po dwóch latach znowu jestem tu i to z własnej i nieprzymuszonej woli.

Mój dom w Afryce wciąż jest. Gdzie indziej i całkiem inny, ale jakie to ma znaczenie, kiedy w afrykańskim domu i tak nic tak naprawdę nigdy nie było moje, nasze.

Wszystkie przedmioty, meble, urządzenia spełniały wyłącznie swoją funkcję, czyli były do siedzenia, spania, przechowywania i przygotowywania posiłków. Były przejściowe. I tak jest nadal.

Nowy dom leży przy wjeździe na półwysep Ilna. Kiedy staje na tarasie i patrzę w dal przed oczami moimi rozpościera sie malowniczy widok na zatokę i reprezentacyjną część Luandy, ale kiedy patrzę tuż, tuż to ze zdumieniem niemałym stwierdzam, że oto stoją w sercu śmietnika i rynsztoków.

Kiedy wiatr zawieje od zatoki, to zamiast bryzy przynosi cuchnący odór ścieków.  W moim domu w Afryce ludzie żyją warstwami. Stoję na tarasie na piętrze, w drugiej warstwie. W najwyższej warstwie mieszka właściciel owego domu.  W trzeciej, najniższej biedota. Z tarasu widzę, co dzień jak w śmieciach grzebią głodne i ledwo trzymające się na nogach psy i umorusane, dość pogodne dzieci. Maluchy przeszukują śmieci, wylizują znalezione opakowana, jedynie sam Bóg wie, po jakich produktach.  Dzieli mnie od tego śmieciowego szukania wysokość jednego pietra i odległość około 10 m. Stoję i patrzę na ten widok przerażający i nic zrobić nie mogę i nic zrobić mi nie wolno. Nie mogę powiedzieć, żeby dzieciaki wyszły z kupy śmieci, bo nie znam ich języka to raz, nie mogę, bo obok siedzą ich rodzice to dwa, nie mogę, bo ten śmietnik jest niemal wszędzie.

Dzieciaki na mój widok przezwaja prace poszukiwawcze i radośnie machają w moja stronę. Odwzajemniam serdeczność, jednak nie biegnę w ich stronę z torbą cukierków. Nie powinnam. Dzieciaki chodzą po tej kupie śmieci bose i umorusane okropnie. Myślę, że w przeciwieństwie do przeraźliwie chudych i chorych psów dzieci nie poszukują w śmieciach jedzenia, a raczej traktują to grzebanie, jako rozrywkę. Najmłodsze z dzieciaków ma jakieś 2- 3 lata.  Każde podniesienie przez nie większego śmiecia, worka, szmaty podnosi do lotu roje zielonych much, które przenoszą się na balustradę tarasu, na którym stoję.

Rano, kiedy kierowca wiezie mnie do ambasady dociera do mnie aż do bólu, ze oto znowu jestem tu, w miejscu gdzie świat nieprawdopodobnie i niewyobrażalnie pozbawiony znanej powszechnie pozytywnej normalność. Po ponad dwóch latach w Luandzie zmieniło się wiele na lepsze. To wiele, o którym się tu mówi, to kilka nowych ulic, kilka wieżowców- biurowców w trakcie budowy, nowy terminal odpraw na lotnisku i ponoć coś jeszcze, ale ja jeszcze tego nie widziałam.

Ale to najważniejsze wciąż nierozwiązane. Problem, jakość życia ok. 90% ludności tego miasta wciąż urąga godności ludzkiej. Martwię się, że nie zostanie rozwiązany przez najbliższe 20 lat, albo, co gorsza nigdy. Przemieszczając się przez jedną z głównych ulic Luandy oczom moim jawią się ogromne bilbordy. Na wielu projekty nowych stadionów olimpijskie, które niebawem powstaną. Nic tylko „Chleba i igrzysk”. Ale dodać od siebie- humanizmu, koniecznie humanizmu.

Chyba mało, kto zdaje sobie sprawę, że człowiek może znaczyć tak niewiele, że tak naprawdę jest bardzo nieważny. Ważny jest tylko ten, kto urodził się właściwym miejscu i czasie. Dla milinów ludzi tu ani to miejsce ani to czas. A jednak urodzili się i żyją.

Ale oni i tak na szczęśliwych czasem wyglądają, może, dlatego, że nie wiedzą, nie znają innego. Cieszą się życiem a jego kruchość traktują, jako cześć istnienia.

Już pierwszego dnia pojechaliśmy na sam cypel, Ilhy skąd można podziwiać ogromne statki, okręty, łodzie. Trzeba jednak uważać, bo plaża jest jeszcze brudniejsza niż pamiętam. Wśród tej kupy odpadów można spotkać nieliczne gruchające pary. Będąc na Ilha koniecznie chciałam spotkać małą Dunę, tę śliczną dziewczynkę, która ma dom przy Sagrada Esperanta.  Pokonując cuchnące rynsztoki stajemy przed brama jej domu i oto patrzę, ulica idzie śliczne dziewczątko z kolorowymi koralikami we włosach. Duna.

Ma teraz pięć lat. Nie tak dużo wyrosła, bo jest drobniutka, ale wyraźnie spoważniała, choć nie wiem czy można spoważniej bardziej, kiedy było się takim poważnym w wieku lat trzech.

<---- wstecz    dalej-->>>