Setinho odnaleziony

                  Moj osobisty portret Setinha
Mimo nękającej mnie od nocy biegunki (zawsze, prędzej czy później dopada mnie to w Afryce) postanowiłam pojechać na umówione spotkanie z mamą Setinha. Kobieta, która wzięła telefon dotrzymała słowa i dała go Setinhowej mamie a ta zadzwoniła i umówiłyśmy się na spotkanie dziś o 10 tej obok paderii, czyli piekarni, w której kiedyś kupowaliśmy bułki, mniej więcej w miejscu gdzie zawsze siedziała mama z małym. Byłam punktualnie. Niestety nie było ani Setinha ani jego mamy. Znając afrykańskie podejście do punktualności i czasu w ogóle postanowiłam poczekać. Plątałam się po głośnej ulicy jakiś pół godziny. Ludzie przyglądali mi się, ale dziś zdecydowanie było bardziej "pokojowo". Mimo, że panuje tu akurat afrykańska zima nagle zrobiło się potwornie gorąco, jak to zwykle bywa w południe w Afryce. Zniecierpliwiona poszłam do cywilizowanej kawiarenki, która znajduje się tuż obok paderii. Zmówiłam cywilizowana cafe late. Pomieszczenie było klimatyzowane więc nieco odsapnęłam, ale powoli zaczęłam tracić nadzieję, że zjawią się moi przyjaciele. Przyglądałam się Luandyjczykom, którzy przychodzili do luksusowego lokalu. Byli bogaci i wszyscy tknięci już dobrobytem, a więc większość mniej lub bardziej otyła. Ludzie na ulicy natomiast wyraźnie twardzi, sprężyści, szczupli. Zwykli ludzie wychowani na misce manioku i funszu długo jeszcze nie będę mieli problemu nadmiaru tłuszczu. Tak długo, aż nie staną się bogaci, tak długo dopóki będą ciężko pracować i wieść twarde życie.

<---wstecz   dalej-->