Gabriel

Portret Gabriela z najmłodszym synem

Pewnego popołudnia pojechaliśmy odwiedzić Gabriela i jego rodzinę. Gabriel jest naszym kierowcą. Sympatyczny z niego człowiek i bardzo zadbany i zwykle dobrze ubrany. Powiedziałam do Marika, że na pewno mieszka w miarę dobrym domu i miejscu więc nie ma potrzeby jechać do niego z workiem ryżu czy mąki gdyż może być to nietaktem. Zabraliśmy więc słodycze dla dzieci, ciastka, czekolady i napoje i ok.16.30 ruszyliśmy w gościnę. Przejechaliśmy, jak zwykle zakorkowaną cześć Luandy i kierując sie w stronę lotniska zjechaliśmy nagle w kierunku zupełnie nieprzejezdnych dróg i wąskich uliczek, które prowadzą tylko do kolejnych uliczek. Oczom naszym ukazał się nagle widok przedziwny. Ostatnie miejsce na ziemi. Armagedon. To, że mało nie urwało nam głowy z powodu dziur w jezdni, to nic w porównaniu z tym, że było tam dziesiątki, setki ludzi tłoczących się jedni na drugich, przepychających się między niebieskimi busikami i rozklekotanymi samochodami. Wszystko to spowite w tumanach kurzu przy złotawym zachodzie słońca i niewyobrażalnym gwarze. Wygląd był nieprawdopodobny. Wjechaliśmy w slumsy w najgorszym wydaniu. Na domiar wszystkiego w pewnym momencie tuż nad samymi głowami wszystkich tych ludzi i naszymi również przeleciał lądujący akurat na lotnisku, które było za płotem potężny samolot. Huk był niemiłosierny a przy tym zrobiło się nagle zupełnie ciemno, gdyż samolot  ogromny- kolos był dosłownie nad naszymi głowami i całkowicie przykrył niebo. Miałam wrażenie, że był  góra jakieś 10 metrów nad nami. Widok to pewnie tu codzienny, bo ludzie nie zareagowali. Ale ja byłam w szoku. Gabriel się uśmiechną, kiedy usłyszał, że zaczęłam żartować z sytuacji. Powiedział też wtedy czując, że miejsce owo może wydać  się "madame Dorocie" dziwne : "Jest różnica miedzy centrum a obrzeżami miasta".

To co było dalej jest już zupełnie nie do opisania. Wjechaliśmy w wąskie uliczki ledwo na szerokość jednego samochodu taplając się w błocie ze ścieków. Odór był nieprawdopodobny. Nie wypadało mi przy Gabrielu  zatykać nosa chustką albo czymkolwiek, jak czynie to wychodząc z mojego kompaundu. A propos kiedy wychodzimy z kompaund mąż pyta mnie zawsze" Którędy wolisz dziś, przez śmietnik czy przez szambo? "

Wracając do podroży do domu Gabriela. Po owych nieprawdopodobnie zaśmieconych i mokrych uliczkach biegają dziesiątki, setki umorusanych dzieci. Niewyobrażalny widok. Brudne i bose  biegają i bawią się w szambie. Wesołe są przy tym. Popychają na patyku kola od samochodu, albo ciągają na sznurkach zdezelowane kanistry jako samochodziki. Były  i takie "zabawki"- poprzyczepiane jeden do drugiego kanister, jak wagoniki. Górna część kanistra wycięta a w wagonikach leżał "towar" czyli stare puszki i inne śmieci. Dzieci biegają z patykami, puszczają statki w ściekach, bawią się w berka, skaczą wśród rozbitych butelek  i połamanych puszek. Powiedziałam głośno-

            

              " Dzieci gorszego Boga.... Świat wymknął się tu spod kontroli".

Mimo całej sytuacji chciałam zachować się z normalnością, bo przecież nie jadę do Gabriela bulwersować się jego życiem. Uśmiechając się więc powiedziałam." Bardzo tu dużo dzieci".  Na co Gabriel odpowiedział z uśmiechem "Mało pieniędzy, dużo dzieci" i jeszcze bardziej sie uśmiechnął, bo jak wcześniej wspomniał, jego żona spodziewa się piątego potomka.

Kilkakrotnie pytałam Gabriela czy aby na pewno przejedziemy przez kolejne gigantyczne lepkie, szaro czarne mazie i nie ugrzęźniemy w tym. Za każdym razem odpowiadał, że na pewno przejedziemy, włączał napęd na cztery koła i manewrując przejeżdżał kolejne bajora i wyboje. Im dalej jechaliśmy tym bardziej robiło się "intymnie", czyli zagłębialiśmy się w coraz bardziej zawiłe i odlegle od głównych dróg serce slumsów. Tymczasem zapytałam czy aby na pewno jesteśmy tu bezpieczni, gdyż na widoki naszego samochodu ludzie wyraźnie reagowali ożywieniem. Myślę, że jeszcze takich szaleńców na pewno tu nie widzieli. Gabriel odpowiedział "Ze mną jesteście zupełnie bezpieczni". Zaufałam mu.

<---wstecz   dalej-->