Dziewczynka z sąsiedniego domu przyszła, w niedzielnej sukience...

Dziewczynka  w domu u Rosaliny. Ma na imię Szczęście, jej siostra bliźniaczka - Pokój.

Lśniące garnki w kuchni Rosaliny

 

Niedziela w domu Rosaliny

Rozalina jest nasza embregadą, czyli sprzątaczką. Jak juz wspomniałam kiedyś każdy biały człowiek w Afryce powinien a nawet musi mieć embregadę. Po pierwsze dlatego, że białego człowieka na to stać, a po drugie daje zatrudnienie. Rosalina, jakiś czas temu zajęła miejsce Tete, która kompletnie zaczęła zaniedbywać obowiązki i nie przychodziła do pracy. Rozalina została polecona przez Julie, która opuściła Angole i wyjechała na nowy kontrakt do Kongo. Wcześniej Rosalina pracowała u pewnego Szweda, ale ten ją wyrzucił po tym, jak ta niechcący zniszczyłam mu koszule, która kosztowała dużo dolarów.

Mirek często wspominał, że Rosalina jest porządną, uczciwą a przy tym biedną kobietą. To, że biedną to raczej nie zaskakiwało. Sama utrzymuje liczną rodzinę, dzieci, wnuki, siostry, ciotki.

Kiedy w niedzielne przedpołudnie przyjechaliśmy z wizytą do niej, oczom naszym ukazał się domek. Jak na Luandę odmienny, przyjemny, ładny, choć skromny i prosty i do tego położony w dość przyzwoicie wyglądającej dzielnicy niedaleko oceanu. W pokoju głównym wprawdzie nie było podłogi ale za to dach pokryty był nową blachą na porządnej stalowej konstrukcji. W pomieszczeniu panował idealny porządek. Rosalina przez lata pracy u białych ludzi nauczyła się schludności i podglądała ich życie. Domek wewnątrz zaprojektowany był na styl białego człowieka. Na ścianach wisiały obrazy, jak się potem okazało zostawiła je Julie. W aneksie kuchennym( Afrykanie w Luandzie nie mają  aneksu kuchennego, ani kuchni,  ponieważ gotują i jedzą na zewnątrz a ich domy to zazwyczaj jedno wielkie pomieszczenie wielkości garażu) na ścianie wisiały równiutko czyste garnki. Na półce poustawiane były ładne talerze. Dom składał się z saloniku, aneksu kuchennego, pomieszczenie na łazienkę i dwóch malutkich sypialni.

Co sie okazało. Że dom ów w całości wraz z placem pod budowę kupiła i zaprojektowała Julie, konsultantka, nasza przyjaciółka z z Nowej Zelandii. Ona i Philipe, nasz kolega od kota Rosera któremu uratował kiedyś życie (imię kota pochodzi od imię Rosalina).

Tak wiec ten miły domek, w którym byliśmy był darem serca białej kobiety dla jej służącej. Kosztownym darem niezwykle i niezwykle przydatnym. Wprawdzie nie ma w tym domu ani prądu ani wody (Rosalina liczy, że kiedyś będzie ja na to stać) ale jest to solidny dach nad głową, a jak na bajro bardzo okazały. W domu w centralnym miejscu stoi bezużyeczny telewizor i cały sprzęt DVD, który zostawił Rozalinie Phil. Na telewizorze w plastikowej ramce stoi zdjęcie Julie i Phila. Rosalina pokazuje nam swoich dobrodziejów. Julie dzwoni do niej czasem z Kongo. Rosalina wie od niej, że tamta rozstała sie z Philem.

Julie zrobiła kawal dobrej roboty, bo nie tylko podarowała służącej porządny dom ale i wytłumaczyła jej wiele, np. to jak ważne jest, żeby córki chodziły do szkoły, żeby Rosalina nie rodziła więcej dzieci, bo nie ma męża i będzie jej coraz ciężej. Rosalina urodziła sześcioro dzieci, troje przeżyło. Męża nie ma od dwudziestu lat. Z reszta nigdy go nie miała . Był tylko jakiś czas ojciec Wiktorii, ale musiała od niego uciekać, ponieważ ja bil.

<---wstecz    dalej-->