Luanda
    
    fot. Dorota Łajło

Postanowiłam odszukać Setinho. Wyruszyłam rano z moim kierowcą, butelką wody, aparatem i zdjęciem Setinha i  jego mamy.

Łatwo nie było.  Kiedy zatrzymałam się tuż przy miejscu, w którym kiedyś siedziała mama Setinha z małym obstąpiły mnie krzykliwe kobiety z dziećmi. Sprzedawały banany. Udało mi się z pomocą kierowcy wyjaśnić o co chodzi i dlaczego szukam chłopca. Chciałam zrobić kilka zdjęć malcom, ale jakaś kobieta, która akurat przejeżdżała obok samochodem zaczęła tak przeraźliwie krzyczeć, że naprawdę się przestraszyłam. Po tym krzyku, kobiety zaczęły wymachiwać rękoma i pokazywać, że nie chcą, żeby je fotografować (wcześniej chciały).  Dyskretnie się wycofałam w stronę, którą pokazały mi kobiety jako miejsce domniemanego pobytu Setinha i jego matki.

W tym czasie zniknął mi z oczu mój kierowca wraz z samochodem a ja stałam z aparatem na środku wśród rozkrzyczanych kobiet. Oznaczało to dla mnie kłopoty. Zaczęło się zatrzymywać coraz więcej samochodów i spoglądać w moją stronę. Z taka wrogością, jakbym co najmniej przyszła skrzywdzić tych ludzi.  Na szczęście jednak pojawił się kierowca, który pojechał tylko zawrócić samochód. Wskoczyłam do auta.

W kilka minut byliśmy przy jeszcze bardziej gwarnym placu. Kiedy chciałam zabrać torbę z obiektywami i paszportem, kierowca zaprotestował i powiedział, że spokojnie mogę to zostawić gdyż będziemy tu tylko chwile. Byłam niemądra,  że się zgodziłam, zostawiając cenny sprzęt a co najgorsza paszport. Jego brak pozbawiłby mnie rychłego powrotu do domu i zmusiłby do pozostania w tym piekle na kilka miesięcy. Nie przeżyłabym tego kolejny raz. Nie wytrzymałabym tu ani tygodnia dłużej.

Z aparatem na szyi, który okazało się pospiesznie musiałam ukryć pod bluzka wlazłam w sam środek mrowiska. Spod dość szerokiej bluzki spozierało na ten szalony świat oko mojego aparatu.  Dziwnie to wyglądało ale zdecydowanie bezpieczniej dla mnie. Miejsce owo było nie tylko lokalnym targowiskiem ale i miejscem zatrzymywania się niebieskich busikow, taka mała pętla. Głośni mężczyźni wykrzykiwali nawołując chętnych do przejażdżki. Krzyczeli tak głośno i tak przeraźliwie, że bałam się,  że drą się na mnie tylko dlatego, że jestem biała i ze pewnie nienormalna, bo nikt inny biały nie przyszedłby tam na pewno. Dobrze, że był ze mną mój kierowca, okazały ok. 2 metrowy sympatyczny Murzyn. Zaczęliśmy pokazywać zdjęcie Setinia i jego matki. Kierowca wyjaśniał, że jestem przyjaciółką małego itd. Kobiety powiedziały, że rzeczywiście znają kobietę i jej dziecko i że bywa w tym miejscu ale dziś akurat jej nie ma,  a gdzie jest jej dom za żadne skarby nie powiedzą. Z tego co zrozumiałam mama Setinha ma kolejne maleństwo i jeśli dobrze pamiętam miała z Setinhem dziewięcioro dzieci, więc ma już całą dziesiątkę pociech.  Skończyło się na tym, że podałam swój telefon jakiejś prostej kobiecie, której niespełna roczne maleństwo siedziało na ziemi i bawiło się nożem, takim jakiego ja używam do obierania ziemniaków a więc był to całkiem mały nożyk, ale i tak zabawka rozbroiła mnie zupełnie. Mały obracał ostrze noża na wszystkie strony, wkładał do buzi, oblizywał jak to zwykły robić niespełna roczne dzieci poznające świat. Mama nie reagowała. Jest wysoce prawdopodobne,  że sama mu to dała żeby dzieciak się czymś zajął i nie marudził.

Na owym targowisku poza wrzaskiem panował zaduch niemiłosierny. Kobiety sprzedawały owoce, suszone ryby i pieczone placki. Wszystkie patrzyły na mnie i zdecydowanie żadna przyjaźnie.

Pewnie zastanawiała się po co przylazła tu ta biała. Moje miejsce jest w zamkniętym kompaundzie albo z szyba samochodu a to i tak za wiele. Pełna obaw udałam się z powrotem, do samochodu w nadziei, że jeszcze jest tam moja torba z obiektywami i paszportem. Po drodze o zgrozo niemal potknęłam się o przejechanego dobrą chwile temu, niemniej spłaszczonego na placek psa, który leżał w pozycji rozpłaszczonej żaby. Z pyska wychodziła mu wątroba. Tak, zdecydowanie rozpoznałam ten narząd. Głośno i siarczyście zaklęłam "Ja pier....e. Trafiłam do piekła".  A Ludzie po tym psie chodzili w najlepsze, z dziećmi i dzieci też.

W samochodzie na szczęście okazało się, że torba jest tam gdzie ją zostawiłam i to z tą samą zawartością. Całe szczęście, bo kiedy chwyciłam za klamkę od drzwi samochodu, okazało się, że kierowca go nie zamknął.  Nigdy więcej zostawiania torby w aucie.

Ruszyliśmy dalej

                       <---wstecz   dalej-->

    
          fot. Dorota Łajło